Dowiedziałem się, że „moje” Stolpersteiny, „kamienie-potykacze”, będą pierwszymi w Poznaniu i poczułem z tego powodu dumę oraz wzruszenie – mówi Nir Bar-On, dzięki któremu 21 sierpnia 2025 roku pierwsze kamienie pamięci w Poznaniu zostaną wmurowane w chodnik przy ul. Wrocławskiej 14. Uroczystość rozpocznie się o godz. 9.
Kim byli Abraham i Ester Waksztok, którym postanowiłeś wmurować w Poznaniu Stolpersteiny?
- Abraham i Ester (z domu Gerszon) byli moimi pradziadkami. Konkretnie — byli rodzicami mojego dziadka ze strony matki. Ich syn a mój dziadek Izio poślubił swoją ukochaną — Romę (Riwkę) Szurek z Kalisza. Oboje opuścili Polskę i przyjechali do Izraela, więc moi rodzice urodzili się już w Izraelu, tak samo jak ja.
Abraham pochodził z dość świeckiej rodziny handlarzy tabaki z Błaszek a potem ze Słupcy, natomiast Ester z ortodoksyjnej, bardzo religijnej rodziny z Koła. O jej rodzicach niewiele wiem oprócz tego, że prowadzili dobrze prosperujący browar i posiadali dom. Ojciec Abrahama — Icek Chaim — był dystrybutorem tabaki, a później handlarzem zbożem jako koncesjonowany dostawca państwowy. Po śmierci ojca Abraham i jego starszy brat Jusek Moszek – czyli Józef Mosze – kontynuowali interes i z tego żyli, ale w 1929 roku przyszedł Wielki Kryzys i ich firma bardzo podupadła. Aby się ratować rodzina zdecydowała się przenieść do dużego miasta – Poznania (również rodzeństwo Abrahama, lub Abraham i Juzek, a także część ich rodzeństwa zdecydowali przenieść się do dużego miasta, licząc, że tam będzie im łatwiej i wybór padł na Poznań. Dodatkowym motywem dla pradziadka było to, że jego syn Izio skończył 20 lat, miał maturę i powinien się kształcić dalej na uniwersytecie. I tak około 1932 roku Waksztokowie zamieszkali w Poznaniu, udało im się też utrzymać swoją firmę.

Ester i Abraham Waksztokowie na ulicy w Poznaniu, maj 1938 roku
Małżeństwo moich pradziadków było chyba udane, choć rodzice prababki Ester nie byli entuzjastycznie nastawieni do tego związku. Bardzo obawiali się, że Abraham nie jest wystarczająco religijny, no ale ostatecznie pozwolili córce wyjść za niego. Oboje dosyć wcześnie zmarli, mój dziadek już ich nie znał, ale przyszłość pokazała, że mieli rację. Małżeństwo Abrahama i Ester przyjęło nowoczesny, polski styl życia, co dobrze widać na zdjęciach. Z tego, co opowiadał mój dziadek jego rodzice pokochali życie w Poznaniu, jego atmosferę, kulturę, teatr, dancingi… Abraham był dobrze wykształcony i mówił biegle po polsku, hebrajsku, rosyjsku i niemiecku. Ester, którą w rodzinie nazywano Edzią, była oddaną gospodynią domową, znaną z elegancji, z jaką się ubierała. Tylko z dziećmi przeżywali tragedie. Pradziadkowie mieli co najmniej czworo dzieci, ale tylko jedno z nich – właśnie mój dziadek Izrael – dożyło dorosłości. Pozostała trójka zmarła mając zaledwie rok czy dwa, jeszcze przed I wojną światową.
Dziadek dużo opowiadał Ci o nich?
- Niestety niewiele. Izio unikał opowiadania o rodzinie, którą stracił. Dla każdego ze swojej rodziny wypełnił w Yad Vashem karty świadectw jako ofiar Holokaustu, ale na codzień milczał. Natomiast trochę opowiadał o sobie. Urodził się w Słupcy w 1912 roku jako Israel Daniel, a ponieważ jego rodzice stracili inne dzieci, był przez nich bardzo rozpieszczany. Abraham i Ester mieszkali w Słupcy, ale wysłali syna do dobrego Gimnazjum Żydowskiego w Kaliszu. Tam Izio przez swojego przyjaciela Leona, z którym razem uprawiał boks, poznał jego młodszą siostrę i swoją przyszłą żonę Riwkę. Dziadek był bardzo towarzyskim, silnym i pewnym siebie młodzieńcem. Wiem, że uwielbiał piesze wędrówki, podrywanie dziewczyn i polowania.…
Polowania? W jakim sensie?
- Dziadek opowiadał, że lubił broń i strzelby, więc podczas swoich wędrówek w przyrodzie zawsze wykorzystywał okazję do polowania na małe ptaki.
Zawsze też nielegalnie nosił ze sobą mały pistolet Mauser – wyprodukowany w tym samym roku, w którym się urodził – i gdy był zaczepiany przez Polaków nie unikał konfrontacji. Opowiadał mi, że lubił udowadniać, że nie jest stereotypowym Żydem i potrafi się obronić – gołymi rękami lub uzbrojony. Ten Mauser ponoć parę razy uratował mu życie. Przemycił go nawet do Palestyny – w podwójnym dnie ozdobnego drewnianego pudełka – i długo nosił go ze sobą także w nowym kraju, aż do starości.
Moja prababcia pochodziła ze stosunkowo nowoczesnej rodziny mającej pewne socjalistyczne a nawet komunistyczne skłonności. Jej rodzice, Dawid i Cywia, byli właścicielami domu oraz fabryki haftów, a ona była szósta z siedmiorga ich dzieci. Urodziła się rok przed dziadkiem, w 1911 i po gimnazjum uczyła się radiologii, czyli techniki rentgenowskiej w Wiedniu.

Rodzina Waksztoków w 1936 roku. Od prawej Abraham, Izio, Ester i Roma
Izio i Roma zaczęli się spotykać po jej powrocie z Austrii, około 1932 roku. Dziadek studiował wtedy farmację, zapisał się na Uniwersytet Poznański – przy okazji kontynuując na nim, w ramach zajęć sportowych, ćwiczenie boksu – ale nie wiązał swojej przyszłości z Polską. Oboje z Romą byli syjonistami. Wierzyli, że i ich jako parę, i Żydów w ogóle nie czeka w Polsce świetlana przyszłość – był to temat często poruszany w ich domach rodzinnych. Pobrali się w 1935 lub ‘ 36 roku – niestety nie znam dokładnej daty – i zdecydowali, że chcą zrealizować swoje syjonistyczne marzenie i wyruszyć w życiową przygodę.
Emigracja do Palestyny w latach 30. nie była łatwa. Jak wyjechali Twoi dziadkowie, legalnie?
- Tak. Złożyli wniosek o legalną wizę emigracyjną, co – masz rację – w tamtych czasach nie było ani łatwe, ani oczywiste. Otrzymali ją, ponieważ byli młodą parą bez dzieci i mieli duży potencjał, by odnaleźć się na rynku pracy. Dziadek opowiadał, że jego ojciec Abraham odprowadził ich na dworzec kolejowy w Poznaniu płacząc bez opamiętania przez całą drogę. To był wówczas wyjazd niemal na koniec świata, może przeczuwał, że już nigdy się nie spotkają. Pociągami dotarli do Konstancy w Rumunii, skąd statkiem „Polonia” popłynęli do Palestyny. Po wojnie Izio do końca życia obwiniał się o to, że nie udało mu się przekonać rodziców do wyjazdu razem z nimi.
Z powodu emigracji dziadek nie ukończył studiów, ale nie sądzę, żeby był szczególnie dobrym studentem. Poza tym z roku na rok coraz silniej odczuwał potrzebę opuszczenia Polski. Antysemickie nastroje były już powszechne i czuł, że będą tylko narastać – mówił, że czuł, że Polacy z radością pozbyliby się wszystkich Żydów.

Rok 1933, Izrael Waksztok w otoczeniu kolegów studentów przed budynkiem Szkoły Budowy Maszyn (obecnie Politechniki)
na Wildzie
Sytuacja ekonomiczna w Mandacie Palestynie gdy przyjechali z babcią nie była łatwa, była bieda. Dziadek początkowo pracował jako tragarz, potem został kierowcą dostawczym w jakiejś firmie, a w końcu kupił własną ciężarówkę i nią zarabiał na życie. Natomiast nie zmienił nazwiska, jak często wówczas to się zdarzało, do końca życia nazywał się Waksztok.
A ty kim jesteś?
- Nazywam się Nir Bar-On, jestem ojcem rodziny i izraelskim przedsiębiorcą. Prowadzę małą rodzinną firmę, założoną przez mojego tatę 27 lat temu. Zajmujemy się importem i sprzedażą specjalistycznych środków smarnych dla przemysłu. A oprócz tego jestem Żydem aszkenazyjskim (rodzina mojego ojca przyjechała do Izraela ze Związku Radzieckiego) i studiowałem chemię oraz historię Bliskiego Wschodu, więc moje podejście do przodków jest także historiograficzne…
Piętnaście lat temu zająłem się dokumentowaniem losów mojej rodziny i dalszych krewnych, których zabito i nie powinni zostać zapomniani. Pradziadek Abraham Waksztok, którego upamiętniam Stolpersteinem, miał sześcioro rodzeństwa, niemal wszyscy oni mieli swoje rodziny i dzieci… I prawie wszyscy zginęli w gettach lub obozach podczas Holokaustu, uratowało się tylko czworo kuzynów mojej mamy. Nie znam adresów, pod którymi mieszkali w Wielkopolsce, dlatego upamiętniam tylko Abrahama I Ester.
Więcej szczęścia miała rodzina Romy, bo z najbliższej rodziny Niemcy zabili tylko jej siostrę Helę razem z mężem i córką. Reszta rodzeństwa uciekła do Związku Radzieckiego albo przetrwała wojnę w Polsce.
Uderzyło mnie, że studiowałeś chemię i… historię Bliskiego Wschodu. To radykalnie odmienne zainteresowania.
- Dla mnie samego moje zainteresowanie historią jest zagadką. W liceum nienawidziłem tego przedmiotu – aż do czasu, gdy trafiłem na wspaniałą nauczycielkę, która pokazała mi, że historia to nie zapamiętywanie dat, lecz rozumienie opowieści. Potem, zapisując się na studia, nie zwróciłam większej uwagi na słowo „historia” w nazwie „Wydział Historii Bliskiego Wschodu”. Myślałem, że będziemy zajmować się tematami współczesnymi, jak konflikt izraelsko-palestyński, który mnie interesuje, bo to nasze życie. A potem, znów dzięki genialnemu wykładowcy, zafascynowałem się średniowiecznym Egiptem i sam zacząłem na jego temat dużo czytać.
Ale zainteresowanie historią własnej rodziny ma inne korzenie, chociaż poniekąd też bierze się z przypadku. Zaczęło się od tego, że mój tata poprosił mnie, bym zeskanował i zabezpieczył stare rodzinne fotografie z rozpadającego się albumu. To była „rosyjska” strona mojej rodziny. Uznałem, że trzeba dodać podpisy do zdjęć, więc zacząłem pytać o imiona i tożsamość osób na fotografiach. Na niektórych zdjęciach pojawiała się „ciocia Lajce” (Laja), ale gdy zapytałem, czyją była siostrą: dziadka czy babci, tata odpowiedział, że ani jedno, ani drugie. Żeby gdzieś ją umieścić postanowiłem stworzyć drzewo genealogiczne, aby pomóc sobie w rekonstrukcji albumu. I tak to wszystko się zaczęło.
Z czasem od starego albumu doszedłem aż do stworzenia księgi pamięci dla każdego z moich dziadków i ich rodzin – z opowieściami o nich i ich życiu, zdjęciami i dokumentami. A to wypełnienia luk w rodzinnej pamięci doprowadziło mnie do potrzeby upamiętnienia wszystkich członków rodziny zamordowanych podczas Holokaustu.
I postanowiłeś zamontować w Poznaniu kamienie-potykacze dla swoich pradziadków?
No, nie od razu. Przedtem zacząłem jeździć do Polski. Pierwszy raz odwiedziłem Wasz kraj w 2017 roku, spotkałem się z wieloma członkami rodziny Szurek – ze strony mojej babci Romy. To było wspaniałe doświadczenie: podróż do Warszawy, Łodzi i Kalisza, wspólny czas z bliższą i dalszą rodziną. Polska wydała mi się piękna, nowoczesna i z doskonałym jedzeniem. Nie miałem wtedy możliwości by pojechać do Poznania czy Słupcy, ale już wiedziałem, że zrobię to później.

Nir Bar-On ze swoją mamą Michal przed budynkiem Politechniki Poznańskiej na Wildzie, rok 2023
Wróciłem do „ziemi przodków” w kwietniu 2023 roku, na swoje 50 urodziny – tym razem po śladach mojego dziadka i jego rodziców. Przyjechałem z moją mamą Michal, a odwiedziliśmy Słupcę, Poznań i Kutno. Podczas obu podróży chciałem poczuć ich obecność w miejscach, w których żyli, o których słyszałem wiele wspomnień - i spróbować uchwycić to nieuchwytne poczucie pochodzenia, że „jest się stąd”. Spacerowanie po pięknych ulicach Poznania – mimo chaosu, który panował w centrum miasta z powodu remontu – odwiedziny budynku Politechniki na Wildzie i stanie przed domem pradziadków na ulicy Wrocławskiej było przeżyciem niezwykle emocjonalnym. Do dziś jestem poruszony, gdy o tym mówię; czuję się też o wiele bardziej związany z Polską.
Skąd miałeś adres Abrahama i Ester przy ul. Wrocławskiej? Znałeś go od dziadka?
- Nie. Podczas wizyty w Słupcy – bo najpierw z mamą tam pojechaliśmy – Beata Czerniak, kierowniczka tamtejszego Muzeum Regionalnego niespodziewanie pokazała nam księgi adresowe mieszkańców miasta sprzed dziesiątków lat. Jakimś przypadkiem nie zostały one przekazane do archiwum państwowego, lecz pozostały w Muzeum. Te księgi dokumentują wszystkich dawnych mieszkańców Słupcy i zawierając informacje na temat ich narodzin, stanu cywilnego, czasem również miejsca zamieszkania po przeprowadzce. I nie uwierzysz – wśród nich pani Beata znalazła pismo napisane przed wojną przez Abrahama Waksztoka do urzędnika w Słupcy z prośbą o korektę jakiegoś błędnego zapisu dotyczącego jego matki. W piśmie podany był adres, pod którym pradziadek mieszka w Poznaniu - Wrocławska 33/34. Byliśmy zaskoczeni i przejęci, bo jadąc do Poznania wiedzieliśmy już, że jedziemy już także do domu, w którym mieszkali nasi przodkowie.
Wiesz, jak zginęli Twoi pradziadkowie?
- Mój dziadek nie wiedział dokładnie, jak zginęli. Ja szukając mojej rodziny i badając różne archiwa natknąłem się na dokumenty z getta w Kutnie, gdzie trafiła moja rodzina i odkryłem w nich informacje dotyczące ich losu. Znalazłem m.in. listy w kilku językach, które Abraham wysyłał do Joint, Komitetu Pomocy Żydom, a także zapisy ze szpitala, potwierdzające śmierć na tyfus jego i jego brata Juska Moszka. Edzia, jego ukochana żona, została sama i w momencie likwidacji getta zginęła w Chełmnie.
Wcześniej, jeszcze podczas moich badań natrafiłem na projekt Stolpersteinów i pomyślałem, że to wspaniały sposób upamiętnienia ludzi, skromny a zarazem zwracający uwagę, ale nie wiedziałem, gdzie dokładnie mieszkali w Poznaniu moi krewni. Po odnalezieniu ich adresu można to było zrobić. Wróciłem z Polski i zacząłem szukać kogoś, kto pomógłby mi położyć Stolpersteiny w Poznaniu. Przez mojego dalszego krewnego trafiłem do Anny Gutkowskiej w Warszawie ze Stowarzyszenia Drugie Pokolenie, dzięki której działaniom stanęły wszystkie jak dotąd kamienie pamięci w Warszawie.
To było w październiku 2024 roku, a od początku następnego roku pani Anna zaczęła intensywnie działać także w Poznaniu. Zwróciła się do odpowiednich urzędów w Poznaniu i okazało się, że nic nie jest trudne. Wręcz przeciwnie – opowiadała, że w każdym kolejnym kroku, każdy urzędnik, do którego się zwracała, chętnie i z dużym zaangażowaniem z nią współpracował. Oczywiście, pojawiały się trudności, np. trzeba było ustalić, czy na pewno w kamienicy nr 33/34, oznaczonej dzisiaj numerem 14, mieszkali pradziadkowie, bo przez te lata zmieniła się numeracja budynków, albo jak i gdzie zamontować kamienie, bo latem ulica jest zastawiona stolikami restauracyjnymi – ale zawsze wtedy wszystkie osoby w urzędach, z którymi się kontaktowała, chętnie współpracowały i pomagały. W jednym z przypadków dwie osoby z tego samego urzędu nawet „rywalizowały” o możliwość udziału w projekcie. Poznań po prostu chciał mieć Stolpersteiny! Jestem głęboko poruszony pomocą, jaką otrzymałem w Poznaniu.
Dowiedziałem się od Anny, że „moje” Stolpersteiny będą pierwszymi w mieście i poczułem z tego powodu dumę oraz wzruszenie – ale też smutek, bo więcej członków naszej rodziny mieszkało w Poznaniu, mieli tu przyjaciół - a nic po nich nie pozostało.
Ile kamieni zostanie zamontowanych na ulicy Wrocławskiej?
Dwa. bo Izio jak mówiłem nie miał dorosłego rodzeństwa, a adresów innych członków rodziny, którzy mieszkali w Poznaniu, nie znam. Gdybym znał przedwojenne adresy wszystkich członków mojej rodziny, którzy zginęli w Holokauście, pewnie mógłbym wmurować w chodniki w Polsce kilkadziesiąt Stolpersteinów.

Abraham Waksztok z pracownikami swojej firmy handlu zbożem, Słupca, prawdopodobnie przełom lat 20. i 30. XX w.
Jednak nie będzie Cię na uroczystości wmurowania kamieni.
- Bardzo chciałem przyjechać, ale niestety nie będę. Planowałem krótką podróż z moimi rodzicami, mieliśmy już kupione bilety, ale po wojnie z Iranem linie lotnicze odwołały wszystkie loty i trudno dostać się do Polski, bo bilety są absurdalnie drogie. Złożyły się na to także inne przyczyny, obawy rodziny o moje bezpieczeństwo itd., więc choć bardzo żałuję, ale mnie nie będzie. Ale kiedyś na pewno przyjadę.
Mój dziadek zawsze powtarzał, że nic go już nie łączy z Polską, że to tylko wielki cmentarz. Nigdy nie udało nam się namówić go na wspólną podróż, w której mógłby pokazać nam miejsca, w których się wychował, skąd miał tyle pięknych wspomnień: wędrówki po Zakopanem i Tatrach, spływy kajakowe po Prośnie z babcią…
Będąc w Polsce moja mama poczuła nostalgię – mówiła, że czuła się otulona dźwiękiem języka polskiego, jak w dzieciństwie, gdy jej rodzice mówili po polsku, żeby ona ich nie zrozumiała (a jednak trochę rozumiała).
Dla mnie podróż do Polski również była formą zbliżenia się do niego – do mojego dziadka – i do łańcucha pokoleń, z którego się wywodzę.
Rozmawiał Andrzej Niziołek
sierpień 2025
Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci, realizowane w 2020 r. przez Andrzeja Niziołka
CHAIM/ŻYCIE - portal o kulturze, Żydach, artystach i Wielkopolsce, to projekt edukacji i animacji kultury w Poznaniu i Wielkopolsce. Poszukujemy, gromadzimy i prezentujemy na niej trzy rodzaje materiałów:
* Dzieła twórców kultury odnoszące się do kultury żydowskiej i obecności Żydów w Poznaniu i Wielkopolsce.
* Materiały nt. kultury i historii Żydów wielkopolskich – jako mało znanego dziedzictwa kulturowego regionu.
* Informacje o działaniach lokalnych społeczników, organizacji, instytucji zajmujących się w Wielkopolsce upamiętnieniem Żydów w swoich miejscowościach oraz informacje o tychże działaczach i organizacjach.
Andrzej Niziołek
Hana Lasman
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Projekt finansowany jako zadanie publiczne Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury w 2021 i 2025 r.