Widoki nie z tej ziemi. Oglądamy cały ogród zoologiczny na dużą skalę. Stada antylop biegną przez sawannę, bawoły, hipopotamy, słonie. Lecimy na wysokości 200 metrów, więc wszystko widać.
2 III 1963
Z jednodniowym opóźnieniem opuściliśmy Bangui[1]. Padał deszcz, więc odroczono nasz wyjazd. Wreszcie dziś rano odjazd. Ustaliliśmy lot na jeden dzień: Bangui - Bambari - Bria - lądowisko. Po przerwie oblecieliśmy tereny, na których występują diamenty. Oblecieliśmy zygzakiem trójkąt: Bria - Bakouma - Julinga - Bria[2]. Z góry widok fantastyczny. Widać rzeki, step zarośnięty tzw. trawą słoniową do wysokości czterech metrów i miejscami pasy dżungli - te mieszczą się w zagłębieniach, wzdłuż rzeczek i rzek. Czasem wije się wstęga drogi lub ścieżki. Kraj niemal bezludny, sprawia wrażenie czegoś ogromnego. Rzadkie wsie rozmieszczone są głównie wzdłuż dróg i mają po kilkadziesiąt pożal się Boże chat, wyglądających z góry jak grzyby. Są one okrągłe, z gliny, pokryte trzciną. Jeden dom prostokątny wskazuje, że tu mieści się rada gminna.
Bria to miasto wojewódzkie, mieszka w nim jakieś trzy tysiące mieszkańców, w tym trzech białych: ksiądz, lekarz i Izraelczyk skupujący brylanty, u którego się zatrzymaliśmy. Kiedy przyjechaliśmy był w terenie. Oczekiwał nas przedstawiciel prefektury i dowódca żandarmerii. Zabrano nas do prefektury, gdzie przedłożyliśmy list prezydenta. Poczęstowano nas arakiem. Chcieli nam kupić jedzenie, ale nie zgodziliśmy się i zapłaciliśmy sami. Żandarmi stoją na baczność przed nami, co jest cholernie żenujące. Wielu ludzi podchodzi do nas i pozdrawia. Bo kto ważny musi się pokazać.
Murowane domy to domy urzędowe, zbudowane przez Francuzów tam, gdzie mieszkają biali. Izraelczyk zajmuje duży, opuszczony dom na skraju wsi, nad rzeką Kotto. Znamy go jeszcze z Bangui, dokąd przybył po zakupy z dwoma boyami i urządził dla nas wystawne przyjęcie. Teraz przyjął nas też pięknie. Ucieszył się, że ma z kim pogadać, bo siedzi tu sam. Był akurat piątek wieczór, więc wyobraźcie sobie wniesiono nam „gefilte fisch”[3] przyrządzone przez murzyna pięć stopni na północ od równika w mieście Bria. Powiedziałem mu, że za sto lat przybędą tu przedstawiciele rabinatu z Jerozolimy i stwierdzą na podstawie tej potrawy, że tutaj przechowało się dziesięć pokoleń izraelskich[4].
Zeżarliśmy kolację złożoną chyba z dziesięciu dań, a usługiwało nam dwóch murzynów. Popiliśmy to wszystko winem. Moskity wprawdzie wieczorem dokuczają, ale mamy maść, którą się wysmarowaliśmy. Wprawdzie trochę od tego człowiek zalatuje, ale to nie szkodzi. W tej dziczy może być i tak. Do pokoju wpada jednak rój motyli nocnych i bzyka, i krąży wokół nas. Im maść nie przeszkadza.
Sobota ranek, koledzy i gospodarz jeszcze śpią. Wstaję i idę do rzeki odległej o 150 metrów. Dużo chłopców murzyńskich pierze bieliznę. Pozdrawiają mnie. Z dżungli dochodzą wrzaski ptaków.

Geolodzy i piloci przed samolotem prezydenta Republiki Środkowoafrykańskiej, którym oblatywali kraj
Po śniadaniu tylko Klejnot[5] i ja lecimy. Uri[6] nie narusza soboty. Wyznaczyliśmy trasę: Bria - Januga - Ouada[7] - Bria, ale ponad rzekami i dżunglą. Widoki nie z tej ziemi. Oglądamy cały ogród zoologiczny na dużą skalę. Stada antylop biegną przez sawannę, bawoły, hipopotamy, słonie. Lecimy na wysokości 200 metrów, więc wszystko widać. Pilot z własnej inicjatywy okrąża ciekawsze obiekty przyrody.
Wreszcie przylatujemy do Ouada, gdzie według planu mamy zjeść obiad. Jedziemy znów do prefekta (taki wojewoda tutejszy doprawdy nie ma co robić, tylko czeka na okazję do wypicia). Stawiają na stół piwo, absynt, różne wody. Ja wyciągam butelkę szkockiej whisky (na koszt firmy) i częstuję. Widzę, że nasze akcje poważnie wzrosły. Ekipa geologiczna, pomoc dla ich kraju - to wszystko guzik, pętaków się nie lubi. Rozmawiamy na różne tematy i kaleczymy sobie języki. Jeden z urzędników francuskich zna trochę angielski, a pilot niemiecki. Prefekt grzebie często w nosie i przerywa sobie tę czynność, aby dolać nam, a przede wszystkim sobie. Jest cholernie gorąco. Odmówić nie wypada. Mam już szum. Postanawiam nie zgodzić się na dalszy lot do Bria, bo przecież pilot pił więcej niż ja i do tego popijał piwo.
Żandarm francuski zaprosił pilotów na obiad, a my jemy u prefekta. Mówię do Cwi (Klejnota): „Zdaje się, że przed jutrem nie ruszymy się stąd”. Na szczęście niebo się zachmurzyło, zbliża się tornado. Piloci sami więc oświadczają, że nie można lecieć. Teraz mogą chlać do utraty przytomności. Do jutra otrzeźwieją.
Ledwo wykręciliśmy się od towarzystwa prefekta. Idziemy oglądać Ouada. Miasto wojewódzkie - jakieś 1500 mieszkańców, jedna długa ulica. Niektóre kobiety chodzą do pasa obnażone. Młoda nawet zgrabnie wygląda, ale niektóre stare mają piersi tak wyciągnięte, że wyglądają jak paski do ostrzenia brzytew. Chałupki biedne a przed chałupkami kobiety coś szyją czy przyrządzają jedzenie, mężczyźni siedzą i biegają gołe dzieci. Nędza do potęgi. Mimo, że tu wszystko rośnie.
Jest też rynek, gdzie jest kilka biedniusieńkich bud i straganów. Myślałem, że w takiej budzie kupię jakiś naszyjnik więc weszliśmy, ale były tylko tandety z Europy. Natomiast Senegalczyk-kupiec zrozumiał to po swojemu. Jeżeli szukam naszyjnika, to znaczy, że chcę go dać kobiecie - a za co się daje kobiecie? Więc pyta wprost, czy chcę kobiety na jedną noc. Wybuchamy śmiechem, aż cała buda z półkami się trzęsie i czarni z zewnątrz zbierają się w drzwiach. Senegalczyk wytłumaczył sobie, że widocznie potrzebne są nam dwie i proponuje. Znów się śmiejemy.
Kupujemy jedzenie i szybko wracamy do domu dla gości, bo ściemnia się i chmury są nisko. Rzeczywiście, spadła ulewa, taka tropikalna i leje, że strach, ale my jesteśmy w pokoju. Uri na pewno się niepokoi, ale nie ma rady. Nie ma tu żadnego środka łączności. Jemy własną kolację. W międzyczasie przyjechał samochód ciężarowy…
Dokończę w następnym liście - jest okazja do wysłania. Całuję mocno, mocno
Wasz Nojuś
[1] Bangui - stolica i największe miasto Republiki Środkowoafrykańskiej założone w 1889 roku przez francuskich kolonizatorów jako wojskowy fort.
[2] Bambari, Bria, Bakouma, Julinga - miasta w środkowo-południowej części Republiki Środkowoafrykańskiej, siedziby prefektur lub portów lotniczych.
[3] Gefilte fisch - karp po żydowsku, tradycyjna potrawa polskich Żydów, która stała się także jedną z tradycyjnych potraw wigilijnych południowej i wschodniej Polski.
[4] Autor ma na myśli Dziesięć Zaginionych Plemion Izraelskich - określenie starożytnych plemion izraelickich, które po tym, gdy Królestwo Izraela zostało zniszczone w VIII wieku p.n.e., a jego mieszkańcy wzięci w niewolę lub wypędzeni nie pojawia się więcej na kartach Biblii. Wiele grup Żydów twierdziło, że członkowie Dziesięciu Zaginionych Plemion prowadzą ukrytą egzystencję i w przyszłości powrócą do reszty swego narodu (Wikipedia).
[5] Cwi Klejnot - geolog z Republiki Południowej Afryki uczestniczący w poszukiwaniach złóż diamentów.
[6] Uri Würzburger - przyjaciel Lasmana, geolog zatrudniony w Instytucie Geologicznym w Jerozolimie.
[7] Januga, Ouada - miasta w Republice Środkowoafrykańskiej.
Jeden z pierwszych listów Noacha Lasmana wysłanych z zagranicznych prac do żony w Jerozolimie, wysłany po niecałych dwóch tygodniach pobytu w Republice Środkowoafrykańskiej. W tej dawnej francuskiej kolonii, która uzyskała niepodległość dopiero trzy lata wcześniej, wciąż dużo do powiedzenia mają wówczas Francuzi. I chcą ten status zachować. Dlatego pod pretekstem awarii odmawiają geologom użyczenia samolotu, by mogli obejrzeć kraj z lotu ptaka (państwo nie dysponuje jeszcze swoimi samolotami, z wyjątkiem jednej maszyny) prezydent świeżo powstałej i mało stabilnej republiki oddaje im do dyspozycji swój samolot. I to nim dokonują oblotu geologicznego kraju wybierając tereny, w których będą szukać złóż diamentów.
Sfinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania #poznanwspiera
CHAIM/ŻYCIE - portal o kulturze, Żydach, artystach i Wielkopolsce, to projekt edukacji i animacji kultury w Poznaniu i Wielkopolsce rozpoczęty dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Poszukujemy, gromadzimy i prezentujemy na niej następujące rodzaje materiałów:
* Dzieła twórców kultury odnoszące się do kultury żydowskiej i obecności Żydów w Poznaniu i Wielkopolsce.
* Materiały nt. kultury i historii Żydów wielkopolskich – jako mało znanego dziedzictwa kulturowego regionu.
* Informacje o działaniach lokalnych społeczników, organizacji, instytucji zajmujących się w Wielkopolsce upamiętnieniem Żydów w swoich miejscowościach oraz informacje o tychże działaczach i organizacjach.
*Materiały uzyskane w ramach projektu "Z ulicy Żydowskiej na Madagaskar - Noacha Lasmana fotografie i listy z Afryki i Ameryki Południowej".
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.