logo l

Blondynka i czterdziestu czarnych robotników

Przyroda w Afryce jest jak w kiczowatym filmie. Zieleń jest jaskrawo zielona, ziemia jest tak brązowa, że oczy bolą, a ludzie są czarni do tego stopnia, że skóra niektórych wpada już w fiolet. Dziś w kopalni ujrzałem coś, co nie zdawało mi się możliwe. Na usypanym ze żwiru pagórku, pod daszkiem chroniącym od słońca stała młoda kobieta, blondynka, ale tak jasna, że w Polsce rzadko taką spotkasz i nadzorowała około dwudziestu czarnych jak węgiel robotników. Takie rzeczy wymyśla się tylko w filmie. 


 

11-16 III 1963

Moi Najdrożsi!

Przede wszystkim mam wiadomość dla Hani - kupiłem takie prawdziwe afrykańskie skrzypce z pudłem ze skóry antylopy. Dla Marka mam już prawdziwy afrykański łuk z cięciwą ze skóry bawolej i do tego trzy strzały. Kupiłem to od myśliwego i od razu zapytałem, czy strzały nie są zatrute, bo tutaj używają w tym celu wywaru z hany. Zapewnił mnie, że nie. Dla mamusi też już oczywiście coś mam -pelikana z kości słoniowej.

Przy pracy posuwamy się naprzód według planu. To są przede wszystkim jazdy. Niemal cały dzień jesteśmy na kółkach. Drogi tu są okropne. Doszedłem do wniosku że droga I kategorii dostępna jest dla landroveru - to ciężki ciężarowy wóz, którym my jedziemy. II kategorii - dla tanku, a na III potrzebny jest już helikopter. Jeździmy drogami, o których nigdy mi się nie śniło, że można je tak nazwać. Często taka ścieżyna jest zagrodzona wywalonym drzewem - to słoń w nocy mimochodem to zrobił. Wzdłuż drogi wśród drzew i często przy, lub nawet na drodze, stoją gniazda termitów wysokie do sześciu metrów - wyglądają jak miniatury katedr gotyckich. Są bardzo ładne. Inny gatunek termitów buduje sobie domy niskie - do 50 centymetrów wysokie, ale w kształcie grzybów. Bardzo rzadko mijamy jakieś zbiorowisko dziesięciu bud zwane tutaj „village”[1], wieś-miasteczko. Kilkanaście razy mignęły nam małpy, antylopy i jakieś zwierzątka podobne do kun. Zdjęć jednak nie można zrobić, bo są bardzo płochliwe i szybko uciekają.

A teraz opowiem Wam cztery afrykańskie historie, które chyba charakteryzują ten kraj.

Pierwsza to historia naprawy naszego panczeru[2], o którym już Wam pisałem. Więc z początku sądziliśmy, że będziemy musieli zabrać wóz izraelskiemu agentowi, żeby móc kontynuować pracę. Mieliśmy już na to zezwolenie z Bangui. On zgadzał się, bo nie miał rady, ale zadowolony nie był. Ostatecznie ma swoją pracę i swoje plany, a bez wozu nie ma co robić. Więc przypomniał sobie, że prefekt ma garaż z dobrym mechanikiem. W garażu wprawdzie części zamiennych nie ma, ale przed dwoma tygodniami jacyś ludzie wracający z safari - polowania, porzucili tam sfatygowany landrover. Z prefektem byliśmy na bakier, to znaczy on był z nami - pisałem Wam już o tym. Wzięliśmy więc flaszkę whisky, którą po długim krygowaniu się przyjął i oczywiście zezwolił na skorzystanie z usług garażu. Teraz okazało się, że z porzuconej maszyny pozostała tylko kupa blachy, a nam potrzebna była tylna oś. Mechanik Afrykańczyk wiedział, że dostanie coś od nas, więc starał się jak mógł. Przypomniał sobie, że pod opieką proboszcza i burmistrza została jeszcze jedna maszyna naszego typu i nikt z niej na razie nie korzysta. Burmistrz przyjął swoją butelkę i wyraził zgodę. Proboszcz jest biały - ma ładny kościół, zabudowania gospodarcze, szkołę, cegielnię, stację benzynową - wódki przecież nie przyjmie. Do niego trzeba praktycznie podejść. Ładny dom, czysto, wśród zabudowań dzieci bawią się na dziedzińcu, a między nimi bawią się dwaj czekoladowi (mieszańcy) - ryży, jakby mieli łby zardzewiałe. Sprawa mi się wyjaśniła, jak się zjawił père - ojciec. Rudawy, postawny mężczyzna lat 45 z ładną bródką, z wyglądu cwany kupiec. Wysłuchał naszej prośby i wyjaśnił długo i zawile, że owszem - on od kilkunastu lat walczy tu o rozwój tego kraju i rozumie naszą misję, ale on nie może, choć nic nie ma przeciw temu. Zgodę musi wyrazić i burmistrz, i dowódca żandarmerii. Teraz mieliśmy już zielone światło, bo żandarma znamy i ma on wobec nas dług wdzięczności. Jeszcze mechanik dostał od nas flaszkę whisky - to mniej więcej dwutygodniowy jego zarobek - ale uczciwie na nią zapracował. Zobowiązaliśmy się w ciągu tygodnia zwrócić oś - chyba ją wyślą z Bangui samolotem.

Druga historia mniej przyjemna - to kradzież. Uri zostawił w swojej teczce portfel z 30 000 franków, to jest 120 dolarami. Nad ranem w niedzielę wstajemy, wszystko już spakowane. Uri zagląda do teczki - portfelu nie ma. Pamięta dokładnie, że w piątek wieczór, ze względu na sobotę, włożył go tam i nie ma. Wprawdzie w sobotę rano powiedziałem mu przy wyjściu: „Daj mi swoje pieniądze”, ale ze względów zasadniczych nie chciał. Szukamy portfela - leży w jakimś kącie, ale pusty. Kręciło się tu czterech Afrykańczyków, ale agent izraelski ręczy za trzech - mieliby lepsze okazje, gdyby chcieli kraść.

Powstaje problem, czy iść do żandarma. Ostatecznie postanawiamy iść. Żandarm chce wszystkich czterech przymknąć. Ja tłumaczę Izraelczykom, że idzie tylko o 120 dolarów, to jest trzy karaty diamentów. Jeżeli nikt z nich nawet po biciu się nie przyzna, to trzeba przewidzieć, jaka będzie reakcja ludności, która, jak dotychczas, darzy szacunkiem tutejszą agenturę. Gra niewarta świeczki. Mówię im, że moim zdaniem warto nawet dodać 10 000 franków, żeby zakończyć tę historię po cichu. Ostatecznie postanawiamy nie aresztować tej obsługi, ale zawiadomić (tzn. żandarm) wszystkich kupców, że kto zgłosi się z banknotem wartości 5000 franków, tego trzeba zameldować w żandarmerii. W portfelu było sześć banknotów po 5000 franków, a to jest duża suma dla Afrykańczyka.

Trzecia historia to Cwi. Wiecie, że on został sam, jak trafił się panczer. Kiedy opuściliśmy go z rana wybrał się z murzynami, poszukiwaczami diamentów. Miał piękny, nowy sprzęt do sortowania, moją teczkę geologiczną z kompasem i ruletkami, jeszcze inne rzeczy oraz karabin myśliwski. Z tym wszystkim przeprawiał się przez rzekę na jakąś wysepkę. Prąd był bystry, łódź mu się wywaliła, sprzęt poszedł na dno, a Cwi uchwycił się wywróconej łodzi. Tylko karabin został mu na ramieniu. Dobrze, że jemu nic się nie stało.

Straty łączne obliczamy na jakieś 250 dolarów. Sądzimy, że nam je pokryją, bo to w zasadzie są wypadki przy pracy.

Czwarta historia to wizyta w kopalni diamentów. Pojechaliśmy tam z samego rana z miasta Ouada. Przyroda w Afryce jest taka, jak w kiczowatym filmie. Zieleń jest jaskrawo zielona, ziemia jest tak brązowa, że oczy bolą, ludzie są czarni do tego stopnia, że skóra niektórych wpada już w odcień fioletu. Piszę to, bo w kopalni już z daleka ujrzałem coś, co zdawało mi się możliwe tylko w wypadku, jeśli przewidział to reżyser. Otóż na usypanym ze żwiru pagórku, pod daszkiem chroniącym od słońca, stała młoda kobieta, blondynka, ale tak jasna, że w Polsce rzadko taką spotkasz. Kontrast był tym większy, że nadzorowała około dwudziestu czarnych jak węgiel robotników. Takie rzeczy - kontrastowe - wymyśla się tylko w filmie.

slajd RCA 067 znak

„Widzieliśmy już chyba z kilkanaście hektarów piersi"

Sama kopalnia zatrudnia około dwustu czarnych i czterech białych, przy czym płace białych są w przybliżeniu równe płacom czarnych w proporcji 50:1. Robota w ogóle jest niezmechanizowana i o XX wieku przypomina tylko pompa oraz złoty zegarek na ręku białej pani. Robota katorżnicza, mimo, że nikt nie bije i nawet nie widziałem, żeby specjalnie popędzał. Sądzę, że tą samą metodą uzyskano diamenty do ozdobienia świątyni Salomona przed trzema tysiącami lat. Mimo to ludzie pracujący w kopalni są stosunkowo zamożni i ich kontakt z cywilizacją tu, w głębi kraju jest ściślejszy, niż reszty ludności. Właściwie w tych stronach to jest jedyny proletariat, jeśli tak to w ogóle można nazwać. W każdym bądź razie ludzie są tu lepiej ubrani. Kobiety chodzą ubrane, podczas gdy we wsiach i nawet w tzw. miastach uznają ubiór od pasa w dół. Widzieliśmy już chyba z kilkanaście hektarów piersi. Mężczyźni chodzą w krótkich spodenkach, często tak obszarpanych, że im pół tyłka wygląda, ale górną część ciała częściej okrywają, inaczej niż kobiety - co kraj, to obyczaj. Wydaje się, że są czyści, bo często widzę kąpiących się w rzekach, przy czym wstyd w naszym pojęciu jest tutaj nieznany. W ogóle obowiązują tu jakieś inne normy obyczajowe. Na ogół są to chrześcijanie (katolicy lub protestanci), przy czym ci ostatni mniej piją, nie palą i w ogóle uchodzą za wstrzemięźliwych. Nie wiem, ile w tym prawdy. Przyjęte jest brać pierwszy ślub w kościele, a następnie w urzędzie, przy czym pierwszej żony się nie odsyła. Trzeba tylko każdej żonie dać nowy domek, co nie jest znowu połączone z dużymi kosztami. Za żonę się płaci, a w wypadku rozwodu trzeba pieniądze zwrócić. Panny z dziećmi to rzecz normalna, przy czym ich „wartość rynkowa” wcale nie jest przez to niższa.

No, idę spać, bo już dwunasta w nocy, a o piątej trzydzieści muszę wstać. I tak tego listu nie mogę wysłać, bo tu poczty praktycznie rzecz biorąc nie wysyłają, mimo że do skrzynki mogę go wrzucić, bo takowa istnieje. Śpię w domu dla myśliwych, gdzie wzięliśmy dwa pokoje z łóżkami, moskitierami i tuszem.

Dobranoc Wam Moi Kochani.

Ouada, 11 III 1963

 

Piszę ten list z miejscowości o nazwie Oundja[3]. Mieliśmy ciężki dzień. Przebyliśmy wprawdzie tylko 140 kilometrów, ale za to jakiej drogi. Cały czas nie minęliśmy jednej wioski, jednego człowieka i jednej maszyny. Nic, tylko zadrzewiona sawanna i droga do kopalni - jednej z dużych, bo zmechanizowana i zatrudniająca ca. 800 robotników. W drodze zdarzył się panczer. Nawaliło coś w motorze i trzy godziny na zmianę leżeliśmy pod wozem i reperowaliśmy, aż w końcu wóz ruszył. Sama robota to nic, ale opadły nas miliardy muszek, które wciskały się wszędzie. Oganialiśmy się, jak się dało, ale co to pomoże - Herkules non contra plures[4]. Byliśmy szczęśliwi, że wreszcie ruszyliśmy.

Przybyliśmy do osady górniczej wieczorem. Dyrektor, Francuz, przyjął nas bez entuzjazmu. W ogóle Francuzi krzywo na nas patrzą, mimo że oficjalnie wszystko jest w porządku. Pokazaliśmy list prezydenta, no i mamy prawo wstępu. Stękamy po francusku, gdy nagle podchodzi jeden z białych i mówi: „A może tak po polsku byśmy...” Pytam go, dlaczego sądził, że znam polski, a on mówi: „Jest pan z Izraela, a z takim pyskiem to może być tylko Polak”. Jestem według niego podobny do portretu Sowińskiego[5], jaki wisiał u jego rodziców. Gada i gada, bo na razie ja jestem pierwszy od wielu lat, z którym tutaj, na miejscu, może rozmówić się w ojczystym języku. Opowiada mi historię żywota i o swoich projektach na przyszłość. Postanawiamy wieczorem sobie popić, ale potem wyszły z tego nici. Sądzę, że dostał „winka” od dyrektora, by z nami nie gadać.

Na noc przyznano nam wolny domek odległy od osiedla o pięć kilometrów. Domek ładny, duży, sześć pokoi obok małej wsi murzyńskiej; wody nie ma, światła nie ma i już się ściemnia. Szybko wyładowujemy bagaż. Idziemy do pobliskiego źródła się myć i robimy kolację: zupa fasolowa z grzankami z chleba, gulasz z groszkiem i kompot. Popijamy to wodą sodową, ale oszczędnie, bo nam się kończy.

No, mocno całuję, bo oczy mi się kleją. Nie jest wprawdzie bardzo późno i możliwe, że o tej porze wy jeszcze rozmawiacie w łóżkach, ale ja jestem bardzo zmęczony. Całuję.

Oundja, 12 III 1963

 

Oglądnęliśmy dwie kopalnie tego przedsiębiorstwa, o którym wspominałem. Eksploatują wzdłuż rzeki, tak jak inni. Mechanizacja słaba, wyraża się głównie kółkiem u taczki. Przyczyna braku mechanizacji niezmiernie prosta. Robocizna przerażająco tania. Dniówka 55 franków i trochę manioku. 55 franków to 20 centów - 60 agurot[6]. Narzekają, że robotnicy są mało wydajni, leniwi, złodzieje. Jasne - kwalifikacji nie mają, za 55 franków trudno być pilnym w robocie, a co do tego złodziejstwa, to wydaje mi się, że to jedyna ludzka reakcja na taki wyzysk.

Maszynę musieliśmy konserwować, a człowiek (czarny) nie ma tu żadnych uprawnień. W każdej chwili można go wymienić, bo ludzie szukają roboty (choćby tak nędznie płatnej).

Zabieramy się do odwrotu. Mamy znowu złamaną tylną oś, ale nie możemy nawet marzyć o naprawie. Do Bangui trasą, jaką wybraliśmy, mamy około 1000 kilometrów, w tym 400 kilometrów w możliwym stanie. Jedziemy do miejscowości Lakoto na północ od Jalingi[7]. Ten odcinek ma jakieś 260 kilometrów. Noc zapada nagle o godzinie szóstej. Wleczemy się dalej, bo droga jest podła i nie można szybko jechać. Mijamy wsie murzyńskie, przed chatami palą się ogniska. Liczne rzeczki nie mają mostów, po prostu się je przejeżdża. W okresach deszczowych te drogi chyba w ogóle nie funkcjonują. Wreszcie o jedenastej trzydzieści w nocy zajeżdżamy do Lakoto, gdzie znajduje się Casa de Passage, dom dla przyjezdnych. Agent izraelski już tu śpi. Nie mógł się nas doczekać. Sensacja w miasteczku: czterech białych na raz - to dużo. Jest późno, ale trzeba jeść - robimy kolację-obiad.

Piszę jeszcze tych kilka słów i idziemy spać. Jest pierwsza w nocy. Wstać musimy o piątej trzydzieści. Do kopalni, którą chcemy oglądać, mamy jakieś 250 kilometrów. Całuję, całuję i śpię.

Wasz Nojuś

13 III 1963

 

Znów jazdy. Wstajemy rano, wokół nas zebrała się cała bodaj wieś. Dużo ludzi ma wole - to z braku soli, jeden karzełek ma może 80 centymetrów wzrostu, szkaradnie to wygląda. Kobiety jak zwykle do połowy ubrane, mimo że o tej porze jest chłodno. Wieś żyje głównie z poszukiwania diamentów, tak że niektórzy nędzarze mają tranzystory, radia na bateriach, rowery, ale ani jednego porządnego domu. W całej okolicy tak jest, mimo że miejscami jest dużo laterytu[8], który jest doskonałym i trwałym materiałem budowlanym, bez dużego nakładu pracy.

Jadę z Izraelczykiem i jego boyem. Boy ma 33 lata, dwie żony i dziewięcioro dzieci. Jest protestantem. Śpiewa nam piosenki izraelskie, chasydzkie - to Etinger[9] go wyuczył. Potem piosenki w miejscowym języku Sango i Banda. Są bardzo monotonne, a treść każdej po przetłumaczeniu okazuje się erotyczna. Może to specjalnie dla Etingera taki repertuar. Ten to ciągle mówi o kobietach, o murzynkach i o białych. Temat bez końca. Siedzi sam z dala od domu sześć miesięcy, za dwa miesiące wraca, ale moim zdaniem on już przed dwoma miesiącami powinien być w domu. Każdy temat doprowadza do jednej sprawy, a jego uwagi na temat kąpiących czy przechodzących kobiet godne są magnetofonu. Ale w ogóle to jest porządny facet, bardzo uczynny i dobry.

slajd RCA 020 M

Poszukiwanie diamentów na jednym z wyrobisk, Republika Środkowoafrykańska

Po obiedzie zbliżamy się do kopalni. Przyjmują nas dwaj młodzi Francuzi. Widocznie wiedzą już, kim jesteśmy. Pozwalają nam wszystko oglądać, ale nie idą z nami. Znaleźć kopalnię w terenie nie jest łatwo. Okolica gęsto zarośnięta i labirynt dróżek utrudniają znalezienie aktualnego wyrobiska. Po bezskutecznym godzinnym szukaniu decydujemy się na oglądnięcie zakładu wzbogacającego. Z urządzeń zaczynamy wnioskować, że jest to zakład uzyskujący prócz diamentów również złoto z kwarcytów i to jest już ciekawe, bo trzeba będzie wziąć to pod uwagę i inaczej później skalkulować całą opłacalność imprezy.

Opuszczamy kopalnię, gdy już się ściemnia, bo z zachodem słońca prom przez rzekę Koto nie pracuje. Oczywiście spóźniliśmy się i staliśmy na brzegu godzinę. Trąbimy, krzyczymy, zapalamy światła. Nikogo z drugiej strony to nie interesuje. Wreszcie Etinger, który przybył tu przed nami i jest już w domu, przyjechał z przewoźnikami i przeprawiliśmy się.

Po zjedzeniu kolacji ruszamy w drogę. Przed nami 200 kilometrów. Spać się chce, więc śpiewamy całą drogę we wszystkich możliwych językach. Razem dysponujemy dziewięcioma językami. Solidnie zmęczeni zajeżdżamy do Bambari[10] do hotelu. Bierzemy dwa pokoje, przyjemną kąpiel i teraz piszę w łóżku. Jest już po drugiej w nocy, wstać musimy o piątej trzydzieści, przed nami jeszcze 400 kilometrów, z wszystkimi niespodziankami, jakie może nam sprawić sfatygowany wóz.

Dobranoc Wam, Moi Najdrożsi. Może w tej chwili ktoś z Was o mnie śni.

14 III 1963, Bambari

 

Jest piątek wieczór w Bangui. Wiem, że jest kilka listów dla mnie, ale nie ma faceta od kasy, więc na razie piszę. Dziś Cwi gotuje, więc mamy czas.

Droga przeszła nam gładko. Po drodze wstąpiliśmy do bazy Nahalu. Kilkudziesięciu Afrykańczyków pod instrukcją trzech Izraelczyków zakłada gospodarstwo. Mają uprawiać kilka tysięcy dunamów[11] bawełny. Jeden z Izraelczyków to kolega Meira[12] z kibucu Jakum. Dogadaliśmy się szybko, bo jedno z pierwszych pytań tutaj, to z jakiej miejscowości jest każdy. Nie mają lekkiego życia, ale są pełni optymizmu i zapału.

Przerwę w podróży mieliśmy, ale nie z powodu maszyny, ale zapchanego mostu z jakąś przyczepą pełną towaru. Afrykanie przeładowują go, a później trzeba ją zreperować. Trwa to trzy godziny. Szofer maszyny, której zdarzyła się awaria, uczył się sześć miesięcy w Izraelu. Chwali nasz kraj, rozpływa się nad ludźmi i warunkami. Po tym, co oglądałem tutaj, Izrael to rzeczywiście kraj utopii.

Korzystam z czasu, golę się, robimy trochę zdjęć, kupujemy kilka strzał na bawoły od myśliwego i oglądamy kąpiących się chłopców i kobiety. Chłopcy na Adma, a kobiety w krótkich majteczkach lub w spódnicach. Wreszcie zator usunięto i ruszamy pełnym gazem do Bangui, bez niespodzianek. Bangui wydaje mi się teraz wielką metropolią. Oglądam to miasto oczyma człowieka z tutejszej prowincji. Duże domy, szerokie asfaltowe ulice, elektryczność, woda, którą można pić bez przegotowania i bez filtrowania, restauracje - luksus. Wielkich dzielnic z budami pełnymi ludzi już nie dostrzegam. Bierzemy kąpiel, siadamy na krzesłach, jemy przy stole - pycha. Jednak zdobycze cywilizacji to dobra rzecz.

Uriego zaproszono na koszerną kolację, więc my robimy trefną kurę przyrządzoną na jakiś południowoafrykański sposób z winem, grzybami i jeszcze czymś. Nie chcę się wtrącać, bo piszę. Jutro mamy zaproszenie do ambasady na obiad.

No, przyniesiono listy - trzy od razu. Otworzyłem najpierw wszystkie, żeby sprawdzić daty i czytać według kolejności. Są z 1, 5 i 10 marca. Chcę się delektować czytaniem, ale mimo to czytam szybko wszystkie i oddycham z ulgą - wszyscy zdrowi i wszystko w porządku. To już dobrze.

Zjedliśmy już i wołają nas do ambasady. Piątek wieczór, więc tam zwyczajowo spotyka się cała kolonia izraelska. Ja mam tam nocować, bo w naszym mieszkaniu śpi ktoś z terenu. Zabieram więc listy i piżamę. Przeczytam je do poduszki.

Mocno, mocno wszystkich całuję i ściskam. Cliluś, daj tam po kilka ciumów dzieciom za to, że tak ładnie się zachowują. Bardzo, bardzo Was wszystkich kocham.

Nojuś

Bangui, 15 III 1963

 

Jest sobota, spokój, jedziemy z Cwi na miasto, oglądnąć rynek, największy w kraju i porobić trochę zdjęć. Królują tu niepodzielnie kobiety. Stragany przeważnie biedne, trudno sobie doprawdy wyobrazić, z czego ci ludzie żyją, nawet jeśli sprzedany towar to cały zysk. Ubrane są bardzo barwnie, często z dziećmi na plecach. Cały towar na rynek nosi się w wielkim koszu na głowie. Stragany z tandetą europejską mają z zasady muzułmanie - Senegalczycy, Sudańczycy lub murzyni z Czadu. Oni odgrywają tu rolę Żydów z wschodniej Europy. Są strasznie nachalni, tak samo jak tutejsi żebracy.

slajd RCA 019 M

Targ, Republika Środkowoafrykańska

Moi Drodzy, nie martwcie się o mnie. Nie kąpię się w rzekach ani strumieniach, nigdzie nie łażę sam, nie piję wody nieprzegotowanej, śpimy przeważnie na łóżkach, a jak ich nie ma, to stale są z nami materace gumowe i śpiwory. Jemy regularnie, dobrze i dużo, bo apetyty nam dopisują. Wszystko jest w porządku. Nie ma tu ludożerców, ludzie są pokojowo i życzliwie usposobieni, i w ogóle czuję się dobrze. Pastylki łykamy i doprawdy nic nam nie grozi. Brak mi tylko Was. Tęsknię za Wami bardzo i  chciałbym już być z Wami. Sam kraj jednak bardzo ciekawy.

Strasznie się cieszę, że na Purim byliście u Meira i serdecznie Was przyjęto. To bardzo ładnie ze strony Meira. I dobrze zrobiłaś, że zajechałaś do niego. (…)

Izrael cieszy się tutaj dużą sympatią. Spotkaliśmy już kilku Afrykańczyków, którzy tam byli i przeszli różne kursy. Czytałem artykuł prezydenta Daco[13] o Izraelu, gdzie wyraża się w samych superlatywach. Izraelczycy, którzy tu pracują, cieszą się dużym szacunkiem, a ambasador Izraela jest tu pierwszą osobą u prezydenta. Stosunki pomiędzy samymi Izraelczykami są też dobre, mimo że są sprzeczne interesy między ambasadorem a towarzystwem, które tu pracuje. Limor to jest ten dyrektor, który przemawiał na proszonej kolacji, warszawiak. Wczoraj wyjechał stąd i niedługo będzie w kraju.

Mocno, mocno Was całuję i oczekuję dalszych listów. Ostatni list na adres w Bangui napiszcie 22 marca. Następne posyłajcie już na adres Loli[14]. W drogę wybieramy się pod koniec miesiąca i może zahaczymy o inne miasta. Bardzo, bardzo Was kocham i ściskam mocno, mocno i całuje wszędzie. Dzieciom po jednym klapsie.

Wasz Nojuś

Bangui, 16 III 1963

 

 

[1] Village (franc.) - miasteczko.

[2] Panczer (od ang. puncher) - dziurkacz, przebijak. Autor listu używa tego słowa w znaczeniu: awaria.

[3] Inaczej zapisana przez autora listu nazwa miasta Ouada we wschodniej części Republiki Środkowoafrykańskiej.

[4] Właściwie: Nec Herkules contra plures (łac.) - Dosłownie: I Herkules nic (nie znaczy) naprzeciw wielu. Jak powiedzenie: Siła złego na jednego.

[5] Józef Sowiński - oficer i generał, obrońca Woli podczas Powstania Listopadowego. Zginął tam w niewyjaśnionych okolicznościach, stając się  bohaterem narodowym tamtej epoki oraz licznych utworów poetyckich czy malarskich.

[6] Agurot (hebr. gromadzenie) - moneta w walucie izraelskiej wprowadzona do obiegu 1 stycznia 1960 roku. 1 szekel równa się 100 agurot.

[7] Lakoto, Jalinga - miejscowości w prowincji Haute-Kotto, we wschodniej części Republiki Środkowoafrykańskiej.

[8] Lateryt - skała osadowa o najczęściej brunatnoczerwonej barwie powszechnie występująca m.in. na tropikalnych obszarach środkowej Afryki, która odegrała dużą role w procesie powstania czerwonych gleb laterytowych. 

[9] Etinger - agent izraelskiego przedsiębiorstwa skupującego diamenty w Republice Środkowoafrykańskiej.

[10] Bambari - miasto w centralnej części Republiki Środkowoafrykańskiej.

[11] Dunam - dawna jednostka miary powierzchni ziemi uprawnej, nadal jeszcze używana w Turcji i na Bliskim Wschodzie

[12] Meir Maly - polski Żyd z Chmielnika w Górach Świętokrzyskich, przyjaciel Noacha Lasmana z czasów pobytu obu w latach 1945-1946 w kibucu w Wałbrzychu i potem w Izraelu. Ma sto lat i żyje w kibucu Jakum w Izraelu.

[13] David Daco - pierwszy prezydent Republiki Środkowoafrykańskiej od 1959 roku do obalenia w 1966 roku i  ponownie krótkotrwało w 1981 roku.

[14] Lola Burnstein - bliska przyjaciółka Lasmanów z kibucu w Wałbrzychu, po wojnie zamieszkała z mężem, krawcem, w Paryżu.

LIST DO ŻONY I DZIECI, CLILI, MARKA I HANY

List ten Noach Lasman pisał podczas kilkudniowego wyjazdu ekipy geologicznej, w której skład wchodził, do wschodnio-południowej części Republiki Środkowoafrykańskiej. Na pół bezludne tereny, w które wybrała się ich wyprawa, pozbawione były praktycznie infrastruktury komunikacyjnej, w tym poczty. Lasman, nie mogąc wysyłać do domu listów z normalną częstotliwością, codziennie w nocy dopisywał pod poprzednim listem nowy, relacjonując wydarzenia dnia. Poniekąd jest to więc sześć listów, każdy opatrzony własną datą i miejscem, w którym został napisany.

Projekt
CHAIM/ŻYCIE

Fundacja Tu Żyli Żydzi, Poznań


Sfinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania  #poznanwspiera

CHAIM/ŻYCIE - portal o kulturze, Żydach, artystach i Wielkopolsce, to projekt edukacji i animacji kultury w Poznaniu i Wielkopolsce rozpoczęty dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Poszukujemy, gromadzimy i prezentujemy na niej następujące rodzaje materiałów:

* Dzieła twórców kultury odnoszące się do kultury żydowskiej i obecności Żydów w Poznaniu i Wielkopolsce.

* Materiały nt. kultury i historii Żydów wielkopolskich – jako mało znanego dziedzictwa kulturowego regionu.

* Informacje o działaniach lokalnych społeczników, organizacji, instytucji zajmujących się w Wielkopolsce upamiętnieniem Żydów w swoich miejscowościach oraz informacje o tychże działaczach i organizacjach.

*Materiały uzyskane w ramach projektu "Z ulicy Żydowskiej na Madagaskar - Noacha Lasmana fotografie i listy z Afryki i Ameryki Południowej".

Kontakt

  • Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.



© 2020 Fundacja Tu Żyli Żydzi. Strony Trojka Design.