Sprzedają suszone ryby - duże oraz mikroskopijne, które wyglądają jak świecące się, wydłużone blaszki. Poza tym są też suszone raki, raczki i kraby, albo - jak ktoś woli - świeże kraby wplecione w długi sznur, tak jak w Polsce pleciono sznury z główek czosnku lub cebuli. Trochę to dziwnie wygląda, kiedy ten sznur stale się rusza.
Tananarive, 1 XI 1963
Wczoraj otrzymałem Wasz trzeci list z niedzieli (jedenaście dni temu pisany). Widzę, że niepotrzebnie denerwowałem się i przejmowałem, bo winna jest wyłącznie poczta. O mnie wiedźcie, że piszę stale i listy wysyłam co drugi dzień. Teraz odległość w czasie będzie jeszcze większa, bo jadę na głuchą prowincję i Wasze listy będą mi dostarczane za pośrednictwem ambasady, a ja będę pisał prosto stamtąd.
Dziś jest piątek 1 listopada - święto umarłych u chrześcijan. Spałem trochę dłużej. Myślałem, że jak święto - to nie ma targu, bo piątek to dzień targowy. Ale omyliłem się. Wziąłem więc aparat i poszedłem zwiedzać, a jest co oglądać. Więc targ jest olbrzymi, duży plac, hale i do tego aleja przylegająca i wybiegająca jakiś kilometr poza plac, też zastawiona stoiskami, straganami lub po prostu towarem leżącym na płachcie. Zrobiłem spacer przez wszystko - włącznie z uliczkami przylegającymi do rynku. Dużo zdjęć nie zrobiłem, bo tłok okropny, nie można się zatrzymać i ktoś ciągle przechodzi przed obiektywem. Tłum strasznie kolorowy i różnorodny, od obdartusów aż po wysoce eleganckie panie i panów w garniturach z muszką czy w kostiumie. Ci ostatni oczywiście tylko w charakterze kupujących.

Targ w Tananariwie
Różnorodność towarów ogromna. Więc przede wszystkim stoiska z towarami europejskimi, które są wytwarzane dla miejscowych gustów, więc materiały tekstylne o strasznie krzyczących barwach, spódnice, suknie, następnie sprzęty gospodarstwa domowego - garnki, patelnie itd. Jest też dział meblarski, łóżka, tapczany, krzesła, stoły wykonane już tutaj. Są to już graty zrobione na wzór europejski, ale niektóre łóżka mają ornamentykę miejscową - bardzo ładne. Są też stragany ze starymi ciuchami. Na płachcie leży kilkaset kilo szmat, a kobiety się w tym babrzą, wyciągają jakiś lump, który tylko z im wiadomego powodu jest lepszy od innych, przykładają do talii, dyskutują, handlują się, odrzucają, biorą z powrotem, wrzeszczą i płacą - szukając dalej w tym morzu szmat. Zachowują się tak, jak w podobnej sytuacji zachowują się kobiety we wszystkich częściach świata.
Naprawdę piękny jest dział koszykarski - bo to jest miejscowe, oryginalne i wykonywane w sposób chałupniczy. Do tego celu służy uprawiana tutaj rafia, którą farbują na różne kolory. Kolor naturalny jest kolorem szarej słomy. Robią z tego kolebki, wózki dziecinne, czapki, kapelusze, talerze na owoce, półmiski, koszyki, pudełka, torby i tysiąc innych drobiazgów, których przeznaczenia nie potrafiłbym odgadnąć. Piękne i bogate są też stoiska z kwiatami. Są wszystkie kwiaty znane nam z Polski i Izraela. Oprócz tego sprzedają się też sztuczne kwiaty z nawoskowanego papieru i nylonu. Sztuczne kwiaty są uplecione w misterne wieńce lub w formę krzyża z napisami w języku malgaskim i mają widocznie za zadnie służyć jako dekoracja na grobach.
Ale naprawdę ciekawy i bogaty jest rynek żywnościowy. O owocach i warzywach już Wam pisałem. Dziś oglądnąłem również dział mięsny, rybny, z rakami, langustami i z ryżem. na niektórych stoiskach są też ceny i dla uproszczenia podaję je w przeliczeniu na funty izraelski. Więc mięso wołowe, wieprzowe i kiełbasa 2,5 funta kilo. Ryba, kilogram - 1,5 funta. Ryż za kilo od 40 agurot do 80 agurot. Towaru zatrzęsienie. Są jatki, w których czystość nie ustępuje izraelskim, ale są też stoiska, od których zalatuje w niemożliwy sposób. (Pomyślałem sobie Cliluś, ze dobrze, że Ciebie w tym momencie nie ma ze mną). Sprzedają suszone ryby - duże oraz mikroskopijne, które wyglądają jak świecące się, wydłużone blaszki. Poza tym są też suszone raki, raczki i kraby, albo - jak ktoś woli - świeże kraby wplecione w długi sznur, tak jak w Polsce pleciono sznury z główek czosnku lub cebuli. Trochę to dziwnie wygląda, kiedy ten sznur stale się rusza. To wszystko nie sprawia sympatycznego wrażenia - szczególnie zapachy, ale widocznie są na to amatorzy. Zresztą widziałem kupujących. Jest to oczywiście część biedniejszej ludności. Ale na rynku zaopatrują się w żywność wszyscy, zależy tylko w jakich stoiskach. Ceny, które podałem, wydają się nam tylko fantastycznie niskie. Są one też takie dla wszystkich białych i małej części ludności miejscowej. Dla ogółu jednak ludności Tananarive[1] są to ceny wysokie.
Jest też dział z drobiem, jajkami i królikami. Rwetes niesłychany - kury, kaczki, króliki i do tego ludzie - wszystko rusza pyskiem. Największy wrzask jest jednak obok stoisk z płytami. Każde stoisko reklamuje jakiś przebój i powstaje z tego taka kakofonia, że niemożliwe jest się połapać, jaką muzykę grają. Jednak wokół każdego stoiska stoi grupa młodzieży, która nuci do taktu, dyskutuje i wymienia uwagi.
Przerwałem pisanie i poszedłem na obiad. Była ładna, słoneczna pogoda, więc wyszedłem w sandałkach i w samej koszuli. Po obiedzie wlazłem do jakiegoś kina, seans popołudniowy. Film nieważny - jakiś awanturniczy, trwał dwie godziny i był tłok. Przed rozpoczęciem seansu, jak wszędzie, grają jakieś płyty. No i wyobraź sobie puścili płytę po żydowsku: „Baj mijer bist du szejn”[2]. Byłem chyba jedyny na sali wśród tysiąca osób, który to rozumiał i wiedział, skąd ta piosenka się wzięła. A w ogóle w tej restauracji, gdzie się stołuję, grają ciągle rosyjskie melodie: „Oczy czornyje”, „Czapajew”, „Krasna kawaleria”. Ludzie myślą, że to portugalskie. Ostatecznie, z tej odległości, to to rzeczywiście obojętne. Najgorsze było, że jak wyszedłem z kina to była ulewa. Od tygodnia tutaj już idzie jak w zegarku. Do godziny trzeciej, czwartej słonecznie, a potem leje, jak z cebra. Złapałem taksówkę i wróciłem do hotelu. Kupiłem sobie płaszcz deszczowy, bo przy pracy będzie konieczny i noszę go zawsze w teczce, więc deszcz rzadko mnie łapie.
Wczoraj byłem w ogrodzie zoologicznym, botanicznym, w muzeum zoologicznym i etnograficznym. To wszystko mieści się na jednym terenie. Ogród zoologiczny ubogi, przeważnie miejscowa fauna. Ciekawe były krokodyle. Są tu dwa gatunki spokrewnione - jeden z afrykańskim a drugi z amerykańskim kajmanem. Poza tym są liczne odmiany lemurów. Są to przodkowie małp człekokształtnych, a zatem również człowieka (macie je na znaczkach). To świadczy o tym, że izolacja Madagaskaru jest bardzo dawna. Nie ma tutaj fauny afrykańskiej. Nie ma słoni, żyraf, zebr i w ogóle nie znane są drapieżniki ani jadowite węże. Z roślin największe węże sprawiły na mnie bambusy, które zresztą już widziałem na wybrzeżu. Szczególnie wysokie i grube. Wyglądają, jakby rury wsadzono w ziemię i lekko obsypano listowiem. W muzeum zoologicznym oglądałem kompletny szkielet i jajko olbrzymiego ptaka, który wyginął tu dopiero jakieś sto lat temu. Większy był od afrykańskiego strusia, a jego jajko jest wielkości dużej piłki footbalowej, tylko lekko wydłużone. Poza tym były tam liczne kości ichtiozaura i mezozaura. Jedna taka kość palcowa waży chyba dwadzieścia, trzydzieści kilogramów. Zęby są podobne do zębów, jakie Wam przywiozłem z Aradu - z fosfatów[3].
W muzeum etnograficznym też nieciekawie i ubogo. Prawie wszystko świadczy o wpływie Europejczyków, np. rysunki koni, których dawniej nie znano. Albo ludzie w trójgraniastych kapeluszach z czasów Napoleona. Może tylko wzory na haftach były naprawdę miejscowe.
Acha, dziękuję za zdjęcie. Dzieci są na nich fajne, tak zresztą jak w rzeczywistości. Cliluś, koniecznie przyślij jakieś swoje zdjęcie i nie zwlekaj po swojemu. Na każdym zdjęciu jesteś ładna. Jeszcze raz przypominam - piszcie jak najczęściej. Widzicie, że ja staram się jak mogę i postaram się tak dalej.
Mocno, mocno całuję i czekam na list.
Wasz Nojuś
[1] Antananarywa - stolica Madagaskaru położona środkowej części wyspy nad rzeką Ikopą. W okresie kolonialnym i po uzyskaniu niepodległości aż do 1976 roku nosiła nazwę Tanananrywa. Wjęzyku malgaskim Antananarywa znaczy „Miasto Tysiąca”.
[2] „Bej mir bistu szejn” (jid., pol „Dla mnie jesteś piękna”) - popularna na całym świecie piosenka napisana w 1932 r. dla spektaklu teatralnego w nowojorskim Brooklynie
[3] Arad - miasto na granicy Judei i Negewu w Izraelu, założone w 1961 roku. W jego pobliżu Lasman kierował ekipą geologiczną, która znalazła duże złoża fosfatu - co dało początek powstaniu zakładu wydobywającego ten minerał i dało pracę mieszkańcom powstającego miasta.
Sfinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania #poznanwspiera
CHAIM/ŻYCIE - portal o kulturze, Żydach, artystach i Wielkopolsce, to projekt edukacji i animacji kultury w Poznaniu i Wielkopolsce rozpoczęty dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Poszukujemy, gromadzimy i prezentujemy na niej następujące rodzaje materiałów:
* Dzieła twórców kultury odnoszące się do kultury żydowskiej i obecności Żydów w Poznaniu i Wielkopolsce.
* Materiały nt. kultury i historii Żydów wielkopolskich – jako mało znanego dziedzictwa kulturowego regionu.
* Informacje o działaniach lokalnych społeczników, organizacji, instytucji zajmujących się w Wielkopolsce upamiętnieniem Żydów w swoich miejscowościach oraz informacje o tychże działaczach i organizacjach.
*Materiały uzyskane w ramach projektu "Z ulicy Żydowskiej na Madagaskar - Noacha Lasmana fotografie i listy z Afryki i Ameryki Południowej".
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.