Ludzie są tutaj bardzo, ale to bardzo biedni. Jedzą tylko to, co daje im natura. Więcej nie potrzebują. Nie wiedzą, że człowiekowi jest też potrzebna szkoła i radio, i gazeta, i mieszkanie, i tysiące różnych ważnych i mniej ważnych rzeczy - które nam są konieczne do życia.
Vatomandry, 5-6 XI 1963
Więc jestem już w tej dziurze, która się nazywa Vatomandry i nie jest strasznie. Jechaliśmy drogą, którą w większej części odbyłem przed dziesięciu dniami. W drodze nocowaliśmy w mieście, a właściwie na stacji kolejowej zwanej Perinet[i]. W budynku stacyjnym mieści się restauracja z przyzwoitym żarciem i ładny, schludny hotelik na piętrze. Ponieważ linia kolejowa nie jest zbytnio eksploatowana i pociągi chodzą tylko trochę częściej niż ja do bóżnicy, więc wszystko było w porządku i spałem dobrze. Drogę odbyłem z Mr Faglinem. To inżynier - Francuz z Algierii, bardzo przyjemny człowiek. Z nim mam właśnie współpracować.
Vatomandry okazało się przyjemną, rozległą mieściną, gdzie istnieje hotel, tzn. każdy pokój to obszerny, duży i wysoki bugalow z elektrycznością, dużym stołem, małym stolikiem i dwoma fotelami. Jedno łóżko wielkości naszego małego pokoiku i jedno łóżko normalne. W ogóle komfort, z gorącą wodą włącznie.
Samo Votomandry składa się z wielu domów i domków, kilku tysięcy mieszkańców i chyba kilkunastu rodzin francuskich. Jest tu kilka szkół, kościołów, szpital, garaż, stacja benzynowa i masa drzew. Rosną tu palmy kokosowe, mango, papaja, ananasy, banany i inne drzewa owocowe. Poza tym jest tu olbrzymia laguna ze słodką wodą i morze. Ocean Indyjski. W związku z tym na obiad i kolację jadłem prócz mięsa ryby. Szczególnie ta wieczorowa była bardzo smaczna. Kokosów jeszcze nie jadłem. Są ogromne - jak piłka footbalowa.
Jutro jedziemy na teren złoża. Jeżeli droga tam będzie znośna, to zamieszkam tutaj w Votomandry, a jak nie, to trudno - nie ma rady - rozbiję namioty na miejscu i kucharz będzie mi gotował.
6 XI po południu. Więc zwiedziłem już teren. Droga niezła, piętnaście kilometrów stąd i można mieszkać w Votomandry. Sprawa już przesądzona. W okolicy istnieje kilka starych kopalń, opuszczonych przed dwudziestu lat i z tych miejsc zacznę pracę. W okolicy są też dwie małe, lilipucie wioski i chyba tam zaangażuję ludzi do pracy. Dziś byłem w nich, ale zastałem tylko kilku starców i kupę dzieci. Reszta wyszła na zbiór rafii, a w okolicy wioski jakie drzewa: kawa, kakao, banany, drzewa chlebowe i dużo innych, owocowych. Bez żadnej pracy mają żarcie i dlatego nie są zainteresowani w robocie.
Kochani, ten list Mr Faglin, który wraca do Tananarive, zabiera ze sobą i tam wrzuci do skrzynki. Następny wysyłam sam z Votomandry. Pamiętajcie, że piszę stale i nie niepokójcie się. Warunki samej pracy mam tu lepsze niż w Negewie i klimat nawet przyjemniejszy. Wszystko, co człowiek potrzebuje włącznie z kinem dwa razy w tygodniu. W moim bungalowie moglibyśmy się pomieścić z całą rodziną i nie byłoby wcale ciasno.

Teraz opiszę Wam, jak tu wygląda. Więc miasteczko leży nad laguną i nad morzem. Laguna to takie długie jezioro, które się ciągnie wzdłuż brzegu morskiego. Kiedyś była to część morza, ale woda naniosła piasek, odcięła pas morza, a obecnie woda w lagunie jest już słodka od wody z deszczów, których jest tu sześć razy więcej niż w Jerozolimie. Morze jest to samo, co w Eilacie, tzn. Ocean Indyjski.
Vatomandry znaczy po malgajsku - śpiący kamień. Vato - kamień, mandry - śpiący, bo na wybrzeżu są skały, czarne i niskie, i wyglądają jakby spały. W lagunie i na wybrzeżu rybacy łowią ryby i kraby. Ryby te jadłem i są bardzo smaczne. Na ulicy rosną palmy kokosowe z kokosami wielkimi jak Wasze duże piłki i wszyscy się ze mnie śmieją, jak widzą, że obchodzę z daleka te drzewa, bo się boję, że taka piłka spadnie mi na łeb, a waży jakieś pięć, sześć kilogramów. Pień palmy jest gładki i orzechy rosną na wysokości piętnastu, dwudziestu metrów. Jednak ludzie, nawet mali chłopcy, są zwinni jak małpki i włażą do góry, i zrzucają je na ziemię. Poza tym jest tu masa różnych owoców, które widziałem pierwszy raz w życiu.
Byłem dziś w jednej wiosce malgaskiej. Ma może piętnaście domów - wszystkie zbudowane z bambusa i łyka palmowego. Ludzie chodzą ubrani w koszule z worków. Wokół wioski dżungla i rosną tam banany, orzechy kokosowe, kawa, kakao i jeszcze różne owoce, niektóre duże, ważą chyba dziesięć kilogramów każdy. Niektóre próbowałem. Jeden mały owoc bardzo mi smakował, był kwaskowaty, ale inne były mdłe. Może gdyby go włożyć do friżydera[ii] na zimno byłby lepszy.
Widzicie dzieci, że w dżungli są różne dobre drzewa, ale ludzie są tutaj bardzo, ale to bardzo biedni. Jedzą tylko to, co daje im natura. Więcej nie potrzebują. Nie wiedzą, że człowiekowi jest też potrzebna szkoła i radio, i gazeta, i mieszkanie, i tysiące różnych ważnych i mniej ważnych rzeczy - które nam są konieczne do życia. Przed kilku laty zdarzył się tutaj cyklon. To jest strasznie silny wiatr z burzą. Zmiótł wszystko, co tylko spotkał na swojej drodze. Tutejsze domy są słabe i wiatr je uniósł. Ludzie do dziś opowiadają o tym nieszczęściu, kiedy wszystko potracili, ale dalej budują takie same domy i nie myślą o tym, że to może się powtórzyć.
Ale cały ten kraj jest piękny. Nad morzem jest stale wiatr i regularnie po południu pada deszcz, jak na zamówienie - i dlatego wszystko trzeba wykonać do godziny trzeciej, czwartej. W tym miasteczku mieszkają też Chińczycy, którzy są tutaj kupcami. Zwierząt tu nie ma. Kiedyś były tu krokodyle, ale wytępiono je. W drodze tutaj, obok miasteczka, które nazywa się Perinet, wstąpiliśmy do jednego rolnika - Francuza, który trzyma dla siebie przy domu w małym sztucznym stawie cztery krokodyle, tak jak u nas trzyma się pieski. Ale te krokodyle nie chodzą wolno, tylko są ogrodzone i dwa razy dziennie dostają duże porcje mięsa. Do jedzenia nie trzeba ich zapraszać. Żrą tak, że uszy by im się trzęsły, gdyby je tylko miały. Oprócz krokodyli były tam w klatkach lemury, które strasznie dokazywały. Nie mogłem, niestety, zrobić zdjęć, bo była straszna ulewa.
Na pewno zobaczę jeszcze dużo ciekawych rzeczy i wszystko, co zobaczę - opiszę Wam, a na razie mocno, mocno całuję, a te całusy odbiorę sobie, jak wrócę.
Wasz tatuś
Kochana Cliluś! Wczoraj wieczorem położyłem się spać w ogromnym łóżku w bungalowie i była ogromna ulewa, deszcz bębnił o dach i do tego słychać ciągle szum morza. Pod kołdrą było tak przyjemnie na myśl, że na dworze taka wichura. Strasznie mi było ciebie brak. Wiem, że w takie pogody lubisz się przytulać. Zasnąłem z myślą o Tobie. Przed przebudzeniem śniłaś mi się też i później było mi strasznie głupio i smutno. Potem przy pracy mi to przeszło.
Jestem już po kolacji, jest późno i znów rozszalała się burza. W moim bungalowie jest przyjemnie: sucho i chłodno. Dobranoc - Kochani.
Noach
10 wieczór.
[i] Perinet - nieduże miasto położone w pobliżu jednego z rezerwatów Madagaskaru noszącego od niej swą nazwę: Perinet Special Reserve.
[ii] Od słowa fridge (ang) - lodówka.
Sfinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania #poznanwspiera
CHAIM/ŻYCIE - portal o kulturze, Żydach, artystach i Wielkopolsce, to projekt edukacji i animacji kultury w Poznaniu i Wielkopolsce rozpoczęty dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Poszukujemy, gromadzimy i prezentujemy na niej następujące rodzaje materiałów:
* Dzieła twórców kultury odnoszące się do kultury żydowskiej i obecności Żydów w Poznaniu i Wielkopolsce.
* Materiały nt. kultury i historii Żydów wielkopolskich – jako mało znanego dziedzictwa kulturowego regionu.
* Informacje o działaniach lokalnych społeczników, organizacji, instytucji zajmujących się w Wielkopolsce upamiętnieniem Żydów w swoich miejscowościach oraz informacje o tychże działaczach i organizacjach.
*Materiały uzyskane w ramach projektu "Z ulicy Żydowskiej na Madagaskar - Noacha Lasmana fotografie i listy z Afryki i Ameryki Południowej".
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.