Drżę na myśl, że papieżowi podczas pobytu w Izraelu może się coś wydarzyć. Wtedy możemy być znów odpowiedzialni przed światem jeszcze dwa tysiące lat. Jak zajdzie coś takiego, to tutaj w Brickaville idę do księdza i przechrzczę się. Już dość płaciłem.
Brickaville, 5 I 1964
(…) Wczoraj 3 stycznia dostałem wreszcie maszynę z szoferem - prospektora posłano na urlop, pracuję więc sam. Groziło mi już, że tej maszyny też nie dostanę. Nauczyłem się nowego hasła malgaskiego: „Mora mora”. „Mora” - powoli. „Mora mora” - powolutku. Tu nikomu się nie spieszy i gdyby tylko racjonalnie się odżywiali, toby żyli do 120 lat. Cały szkopuł tkwi jednak w tym, że po to, aby racjonalniej się odżywiać, trzeba wydajniej, a więc szybciej pracować - błędne koło. Oni widocznie dobrze to przemyśleli i jeżeli tak i tak człowiek musi młodo umrzeć, to lepiej bez pracy. Życie jest dla nich za krótkie, żeby je trwonić na pracę.
Zainstalowałem się w Brickaville[i] - miasteczko o dwóch i pół tysiącach dusz. Wzdłuż kilku ulic pełno małych, chińskich sklepikarzy wraz z rodzinami, zgiełk jak na bazarze w językach malgaskim, chińskim i francuskim. Kupić można wszystko, włącznie z żoną. Miasteczko leży nad rzeką Rianila, która nie jest wprawdzie tak znana na świecie jak nasz Jordan czy choćby Jarkon, ale za to ma jakieś sto metrów szerokości.
Pierwszą noc spędziłem w tutejszym europejskim hoteliku. Właściciel i jego żona wyglądają, jakby się ucharakteryzowali do jakiegoś filmu na temat piratów. Oboje pochodzą z Antyli i są śniadzi jak cyganie. On - starszy facet ubrany jakoś dziwnie w różne kolorowe szmaty, chustka na głowie i lewe oko przewiązane. Ona - o wiele młodsza, ładna, strasznie niechlujna, tylko chodzi i kręci tyłkiem i cyckami. Oboje strasznie mrukliwi, wyglądają jakby robili łaskę, że w ogóle przyjmują gości. Po kolacji on przysiadł się do mnie i natarczywie wypytywał, co będę tu robił i czy mam dość pieniędzy na pracę. Odpowiadałem wykrętnie i żartobliwie, bo z jednej strony dla dobra pracy muszę tu uchodzić za człowieka z forsą, inaczej będą mnie lekceważyć w miasteczku - a z drugiej po prostu bałem się. Żarcie i hotel ohydne, brudno, że aż strach. Komary żarły mnie nawet pod moskitierą.
Pierwszy raz tutaj bałem się w nocy. Mam ze sobą kilkadziesiąt tysięcy franków. Włożyłem je do kieszeni piżamy i spiąłem agrafką. Pod poduszkę włożyłem nóż i lampkę elektryczną, i budziłem się na lada szmer. Byłem szczęśliwy, jak zaczęło świtać i postanowiłem wynieść się z stamtąd za wszelką cenę, choćbym miał zamieszkać w namiocie, który zawsze ze sobą wożę.
Zaraz po śniadaniu wziąłem szofera i pojechałem do sou-prefecta. Przedstawiłem się jako ważna osobistość, wyjąłem dokument, mapy i zażądałem mieszkania. Wydał mi klucze do „Casa de passage”[ii] - Uri wie, co to jest. Tutaj to jest domek murowany. Dostaliśmy dwa pokoje, kuchenkę, ubikację, łazienkę - luksus. Są tu nawet stoły i krzesła. Składane łóżka z materacami, moskitierę i śpiwór wożę ze sobą, więc urządziłem sobie piękny pokój i kąt do pracy. W miasteczku jest elektryczność od godziny szóstej trzydzieści do dziewiątej wieczorem, to znaczy dwie i pół godziny, ale nasz dom nie jest podłączony do sieci. Mam jednak dobrą lampę. Żarcie postanowiłem sam sobie pitrasić. Zbrzydły mi już te krwawe befsztyki, a zresztą w tym hotelu nie mógłbym nawet jeść. Mam kuchenkę gazową i na niej zacząłem pitrasić.

Tego samego dnia pojechałem na miejsce przyszłej pracy. Jedzie się dwanaście kilometrów niezłą drogą, a potem trzeba się przeprawić przez rzekę - w tym miejscu jest jakieś 150 metrów szeroką. Przewoźnika z pirogą, który widocznie uznaje zasadę „mora mora” nie było na miejscu. Zarekwirowaliśmy jaką pirogę i przeprawiliśmy się na druga stronę. Tam cztery kilometry błotnistej drogi doprowadziło nas do najbliżej położonej wioski od miejsca pracy, o nazwie Morvato. Wieś ma piętnaście chałup i moja obecność wywołała sensację. Zaangażowałem trzech ludzi i pirogę. Wśród tych trzech ludzi jest też tamtejszy potentat finansowy - kupiec, któremu pół tyłka wygląda przez porwane portki. Do miejsca, w którym zostawiliśmy wóz wróciłem już z pirogą. Od poniedziałku zaczynam pracę. Dziś niedziela, więc nie pracuje się.
Wieść o moim przyjeździe i celach rozeszła się już po okolicy Wieczorem przyszedł do mnie tutejszy burmistrz, wyelegantowany, w krawacie - na odległość kilku metrów zalatywał „bet-sa-be” - tutejszym samogonem z trzciny cukrowej. Słaby alkohol, dwanaście, piętnaście procent, ale piją go bez umiaru i są wypadki zapicia się na śmierć. W rejonie Vatomandry w jednej wiosce urżnęli się tak dokładnie, że w stanie zamroczenia dziadek zgwałcił własną wnuczkę, potem zrobił to tatuś i braciszek. Dziewczynkę odstawiono do szpitala, a trzy generacje wsadzono do jednej celi.
Pan burmistrz wyjął z kieszeni sporą butelkę i chciał mnie poczęstować, ale grzecznie się wymówiłem - kiedyś próbowałem i nie bardzo mi odpowiada ten smak, nie mówiąc o zapachu i kolorze, który kojarzy mi się z kimś chorym na nerki. Porozmawialiśmy jakieś pół godziny na temat mojej religii, wizyty papieża w Izraelu[iii] i mojej pracy, i dygnitarz oddalił się, lekko się zataczając. Acha, zapewnił mnie też autorytatywnie, że Żydzi na pewno nie ukatrupili Chrystusa, przez co zrobiło mi się lekko i wesoło na duszy. Byłem na tyle delikatny, że mu nie odpowiedziałem, że to nie Malgasze zabili Kennedy’ego.

Następnym gościem był Francuz, właściciel pobliskich zakładów grafitowych, który znalazł się tu przejazdem. Jako bardziej ucywilizowany przyniósł whisky. Musiałem z nim wypić. Zaprosił mnie do swoich zakładów, z czego na pewno skorzystam. Opowiedział mi cuda o swoich zakładach. W moich tabelach sporządzonych w Tananarive są one nisko notowane. O mojej pracy wyraził się sceptycznie. On mieszka tu już czterdzieści lat, cały czas pracuje w graficie i nie ma o czym gadać, czego on nie zna, tego nie ma. Powiedziałem mu, że jego doświadczenie i rady są dla mnie bardzo cenne, ale ja muszę pracować, żeby się przekonać, czy on ma rację. Nie przejmuję się jego gadaniem, bo w Vatomandry miałem to samo. Też gadali, że nie znajdę. Nie wiem wprawdzie, czy to złoże tam jest ekonomiczne, ale Francuzi, którzy zęby zjedli na graficie, mówili, że tam nic nie ma, a jednak było. Później gratulowali mi.
O terenie, na którym mam teraz pracować, nie wiem dużo. Wytypowałem go na mapie geologicznej, bo ma dobre położenie komunikacyjne. Jeżeli znajdę tam odpowiedniej jakości i w odpowiedniej ilości grafit, to przyszła kopalnia będzie miała najlepsze położenie komunikacyjne i najtańszy transport na Madagaskarze. W ciągu kilku dni zorientuję się, czy ma jakiś sens pracowanie na tym terenie. Jeżeli nie, to mam w okolicy dwa inne złoża, gorzej położone komunikacyjnie. O jakości grafitu w tych stronach nie ma żadnych informacji. W 1917 roku istniała tu mała kopalnia i to jest na razie wszystko, co wiem.
Spotkałem jednego Francuza, młodego inżyniera, który tu pracuje. Poznałem go jeszcze w Vatomandry. Ma dużą, piękna motorówkę i zaprosił mnie dziś po południu. Jedziemy do miejscowości Ambilo[iv] oddalonej (rzeką i kanałem) o 60 kilometrów. Widzicie więc, że i tutaj można pięknie spędzać czas, i to w sposób, jaki jest nie do pomyślenia w wadi Dimona[v] czy Ef’e, mimo że są one duże. Powód jest prosty - nie ma tam nikogo, kto posiadałby motorówkę.
Dziś niedziela i zabieram się niedługo do sporządzenia obiadu: zupa pomidorowa z ryżem i groszkiem, puszka szynki z groszkiem, ser i ananas na deser. Wprawdzie niekoszerne, ale smaczne. Szukałem kucharza, ale nie ma. Muszę więc sam dbać o siebie. Na szczęście szofer sprząta i myje talerze, a tego cholernie nie lubię.
Przed południem muszę jeszcze doprowadzić do porządku mój dziennik i rachunki. Te ostatnie sprawiają mi szczególny kłopot, bo dzielą się one na moje wydatki i pokrywane przez moich chlebodawców. Czasami jest mi to trudno odgraniczyć, ale staram się być obiektywnym. Poza tym mam wydatki, na które nie mam oryginalnego rachunku: taxi, tipy, papierosy w lesie i datki dla przewodników. Kiedy ostatnio rozliczałem się z Lewinem i przedstawiłem mu te rachunki własnoręcznie wystawione, to spojrzał na mnie, jakbym mu flaki żywcem wypruwał, a przecież powinien sam rozumieć, że w tych warunkach, jeśli w ciągu pięciu tygodni pracy w lesie wydałem trzydzieści paczek ordynarnych papierosów po pięćdziesiąt franków za dobrą pracę, to to nie jest dużo i warto to robić. Chciałbym już tę robotę ukończyć i pozbyć się tych brojtgejberów. Na pracę, hotele i sprzęt w ciągu pierwszych dwóch miesięcy wydałem 200 000 franków, czyli 800 dolarów. Uri potrafi najlepiej ocenić, czy w Afryce to jest dużo, bo moim zdaniem to jest śmiech, a nie pieniądze. Poza tym tęsknię już do żony i dzieci, i trochę do atmosfery w machonie z poważnymi i głupimi problemami. Trochę chciałbym klnąć na Parnesa, pośmiać się z Josi, irytować się na Pundaka i poważnie pomyśleć o jakimś małym projekcie, który potem wsunie się do szuflady.
Drżę na myśl, że papieżowi podczas pobytu w Izraelu może się coś wydarzyć. Wtedy możemy być znów odpowiedzialni przed światem jeszcze dwa tysiące lat. Jak zajdzie coś takiego, to tutaj w Brickaville idę do księdza i się przechrzczę. Już dość płaciłem.
Napisz, co zyskaliśmy przez strajki i czy Uri otrzymuje jeszcze odpisy moich listów do Bodenkina. Napisz też, czy poza Uri ktoś w machonie interesuje się moim losem. Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich - szczególnie dla Juki, który chyba zaczął już pracę w machonie - i dla rodziny.
Wasz Noach
[i] Brickaville - liczące dziś ponad 23 tys.mieszkańców miasto we wschodniej części Madagaskaru nad Oceanem Indyjskim.
[ii] Casa de passage (franc.) - dom przejściowy.
[iii] W dniach 4-6 stycznia 1964 roku papież Paweł VI, jako pierwszy w historii, odbył podróż do Izraela i Jordanii.
[iv] Ambila - miasto we wschodnio-południowej części Madagaskaru liczące dziś ok. 17 tys. mieszkańców, żyjące z rolnictwa i hodowli zwierząt.
[v] Dimona - ponad trzydziestotysięczne dziś miasto na pustyni Negew założone w 1953 roku. Od końca lat 50. XX w. w jego pobliżu istnieje tajny ośrodek realizujący izraelski program nuklearny.
Sfinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania #poznanwspiera
CHAIM/ŻYCIE - portal o kulturze, Żydach, artystach i Wielkopolsce, to projekt edukacji i animacji kultury w Poznaniu i Wielkopolsce rozpoczęty dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Poszukujemy, gromadzimy i prezentujemy na niej następujące rodzaje materiałów:
* Dzieła twórców kultury odnoszące się do kultury żydowskiej i obecności Żydów w Poznaniu i Wielkopolsce.
* Materiały nt. kultury i historii Żydów wielkopolskich – jako mało znanego dziedzictwa kulturowego regionu.
* Informacje o działaniach lokalnych społeczników, organizacji, instytucji zajmujących się w Wielkopolsce upamiętnieniem Żydów w swoich miejscowościach oraz informacje o tychże działaczach i organizacjach.
*Materiały uzyskane w ramach projektu "Z ulicy Żydowskiej na Madagaskar - Noacha Lasmana fotografie i listy z Afryki i Ameryki Południowej".
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.