logo l
Madagaskar 1963-1964

Tu nie ma rzeczy błahych

Zawadził o nas cyklon. Mieszkaliśmy w namiotach i po dwóch minutach od chwili nasilenia wiatru - namioty poszły w strzępy. Zebraliśmy nasze graty na czworakach. Cztery godziny szliśmy pięć kilometrów do wioski. W dolinie, gdzie normalnie jest błoto, woda sięgała do pach. Teraz mieszkamy w domu malgaskim w wiosce i żremy ryż. Chleb i suchary mi spleśniały, i na mnie chyba też niedługo zaczną grzybki rosnąć. Czuję się jak wymokły śledź, szmaty mokre, buty mokre, pościel mokra. Zaczynam wątpić w teorię Darwina, bo gdyby miał rację, powinienem mieć już skrzela. 


  

Ambidononoka, 13 III 1964

Moi Drodzy!

Wiecie chyba, że zostaję tu do końca marca. Z mojej umowy nie dotrzymali[i] warunku o przysłaniu żony. Dopiero teraz prowizoryczną umowę zanulowano i zastąpiono nową. Musiałem ją podpisać, bo groziło mi tu zapłacenie podatków, a poza tym Juki czeka na zwrot długu, więc potrzebuję pieniędzy. Trudno - zapłaciłem rebe-geld[ii] i jeszcze raz stwierdziłem, że nasze poważne osobistości w kraju mają mentalność pluskiew. Nie wstydzą się nawet nie szanować swoich własnych podpisów. Wyciągnąłem wnioski z tego i zastosowałem je w praktyce. Tak, jak mówili żołnierze radzieccy w ’45 roku w Niemczech: „Stalin w Moskwie, a my tutaj”.

Od czternastu dni siedzę w dżungli i wiercę. Dziś jest pierwszy ładny dzień. Czternaście dni dzień i noc byłem mokry tak, jakbym był stale pod tuszem. 7 marca zawadził o nas cyklon. Mieszkaliśmy w namiotach i po dwóch minutach od chwili nasilenia wiatru - namioty poszły w strzępy. Na szczęście wszystko: rzeczy, papiery, były spakowane. Nie wiem, może to się nie nazywa cyklon, ale wiatr z wodą był taki, że nie można było ustać. Zebraliśmy nasze graty na czworakach. Cztery godziny szliśmy pięć kilometrów do wioski. W dolinie, gdzie normalnie jest błoto, woda sięgała do pach.

Teraz mieszkamy w domu malgaskim w wiosce i żremy ryż. Chleb i suchary mi spleśniały i na mnie chyba też niedługo zaczną grzybki rosnąć. Czuję się jak wymokły śledź, szmaty mokre, buty mokre, pościel mokra. Zaczynam wątpić w teorię Darwina, bo gdyby on miał rację, powinienem mieć już skrzela. Nie golę się od dziesięciu dni, bo to nie ma sensu - dla kogo i po co? Poza katarem jestem zdrów.

Same wiercenia idą nędznie: pogoda pod psem, ręczne maszyny są z wyszczerbionymi i starymi, tępymi koronami, no i robotnicy też nie są do pracy. Na ogół nie mogą przebić laterytu, dochodzą do trzech, czterech, sześciu metrów i cały czas lateryt. Tam, gdzie laterytu jest mniej - jest grafit o zmiennej mineralizacji. W jednym otworze na oko piętnaście, dwadzieścia procent. Na razie tych danych uogólnić nie mogę, poza tym, że lateryt wynosi tu od dwóch do powyżej siedmiu metrów. Sądziłem, że do pięciu. Powiedziano mi, że tymi maszynami można do dwudziestu pięciu metrów dojść. Ja mówiłem Lewinowi, że może do dwunastu, ale na razie osiem nie przekroczyłem, a jak lateryt jest twardy, to na dwóch kończę. Poganiam ludzi, wiercę z nimi, każę lać wodę, przesuwam otwór o pięć metrów - nic nie pomaga. Szkoda tu czasu z tymi aparatami, ale oni chcą mieć wszystko za grosze, a tu płacą tylko robotnikom i mnie. Zresztą pies im mordę lizał, i Malgaszom, i moim szefom. Zrobię co mogę w moich warunkach. Pobieram też duże, pięćdziesięciokilogramowe próby do prób półprzemysłowych tu i w rejonie Vatomandry. Tam widzę duże rezerwy beż dużego nadkładu, ale grafit drobny. Jeżeli zastosują jakąś nową metodę - nową dla Madagaskaru, a nie na świecie - to to jest złoże ekonomiczne na długi okres, bo ja pracowałem tylko na wycinku złoża.

Teraz żyję już tylko wyjazdem. Liczę dni i godziny. Jeżeli nawet Bodenkin poprosi mnie o pozostanie tutaj, to wracam. Byłem tutaj pięć miesięcy. On nie dotrzymał umowy i uważam się za zwolnionego od wszelkich zobowiązań natury moralnej. Na mieszkanie zarobiłem, zostanie też na bilet dla żony do Paryża. Chcę z nią spędzić tam dwa, trzy tygodnie, a potem do domu. Tutaj zrobiłem co mogłem i to w najgorszym okresie, jeżeli idzie o pogodę, i przy stałym niedostatku pieniędzy. To, co wydałem tu przez pięć miesięcy na robotników, utrzymanie moje, prospektora, hotele, podróże, literaturę, mapy - to jakieś 2200 dolarów (z tego na moje utrzymanie 750 dolarów bez hotelu). W machonie[iii] tylko Uri[iv] potrafi ocenić, co to jest. Nie chcę o tych sprawach dużo pisać, ale po powrocie warto o tym pomówić i wyciągnąć wnioski na przyszłość - nie tylko dla mnie.  (…)

T slajd Madagaskar 041 M znak 1

Będę tu wiercił jeszcze kilka dni, potem jadę do Vatomandry na dzień, dwa i wracam do Tananarive. Tam kilka dni na likwidację, przekazanie i pakowanie prób, potem pierwszym samolotem do Paryża.

Już chcę się wyrwać z tego zielonego więzienia. Dziś pierwszy słoneczny dzień i już wyparowałem, ale lepię się od brudu - myję się w strumieniu pełnym mułu. Wszystko na mnie śmierdzi i ja chyba też. Czuję, jak moi współpracownicy Malgasze śmierdzą. Tak naprawdę wymoczę się w wannie za siedem, dziewięć dni w Tananarive. Ale szczyt naszej cywilizacji to nie wanna, a ubikacja. Nigdy nie doceniałem tego, jak należy: można usiąść, nic nie kłuje w tyłek, komary nie gryzą, bez parasola i płaszcza deszczowego, które zresztą mają tutaj znaczenie tylko symboliczne. W rzęsisty deszcz, w nocy, zdarza mi się wyjść i wracam do mojego barłogu z wrażeniem, że załatwiłem potrzebę pod wodospadem.

Nie sądźcie jednak, że zniechęciłem się do pracy w Afryce. Nie. To ciekawe. Gnębi tylko brak rodziny i  to, że nie ma z kim pomówić. Nabyłem tu sporo doświadczenia. Mam spis (jakieś sześć kartek drobnym pismem), co jest potrzebne do pracy w takich warunkach, od sprzętu do pracy do gier rozrywkowych. Tu nie ma rzeczy błahych. Brak guzika w tych warunkach może człowiekowi zatruć życie.

Jeżeli sprawa Bangui będzie aktualna[v], to to się przyda - obojętnie, kto pojedzie. Mam też warunki umów geologów francuskich - warto będzie się na tym wzorować. Przemyślałem tez nasz plan finansowy, trzyletni, dla Bangui i zdaje się - Uri - żeśmy przesolili. O tych sprawach pomówimy, jak wrócę, przy szklance kawy i papierosach, kiedy wszyscy będziemy się śmiali z tego, że ja teraz śmierdzę, i z tej sytuacji pod parasolem i z innych kłopotów, które na bieżąco wydają się poważne. Jedno jest dla mnie pewne - w porze deszczowej pracować tu nie warto. To nie jest dobre ani dla geologa, ani dla przedsiębiorstwa. Tutaj od końca listopada do połowy kwietnia geolog nosa nie wytyka z Tananarive. Wydajność pracy jest mała, a możliwość poruszania się w terenie często równa jest zeru i dobrze jest, jak żarcie jest na miejscu. Inaczej to można zdechnąć.

Podarunki mam już w walizce. Dla filatelistów mam też znaczki. Tylko zapakować i jechać. W Paryżu zrobię „chaim”[vi], jak to Zamira nazywa. Jeżeli jednak żona nie przyjedzie, bo nie mam jeszcze odpowiedzi, to w Paryżu też długo nie zabawię.

Ta robota tutaj wyrabia w człowieku cierpliwość i przekonanie, że niczego się tu nie zmieni, że wszystko tak jak idzie, jest dobre. Kiedyś wieczorem, na bocznej drodze przebywamy jakiś mostek na rzeczce i trach - jedno koło wisi w powietrzu, a nam się spieszy. W okolicy nie ma ludzi, prospektor idzie sześć kilometrów i sprowadza „chef de village”[vii] i kilku ludzi. Zaczyna się dyskusja, jak zabrać się do pracy. Mija pół godziny, godzina, dyskutują, palą moje papierosy, ale nikt palca nie przyłoży. Włączam się do narad i każę zabrać się do roboty. Chef mówi „Oui”[viii] i nic, gadają dalej. Mnie już cholera bierze i zaczynam kląć po polsku. Słuchają uważnie, potakują z powagą. Jak skończyłem ostatnie „… wasza mać”, chef mówi po francusku: „Wy macie rację, panie”. Myślałem, że pęknę - ze złości i ze śmiechu. Tu nie ma miejsca na nerwy. Wszystko jakoś się wyklaruje.

Kończę ten list w „domu”. Miałem mały bunt wśród robotników. Nie chcieli wziąć dwóch worków po 25 kilogramów grafitu. Jakoś to załatwiłem, ale głupio mi, bo ich rozumiem. Płacę niecałe dwa funty za dniówkę, pracują siedem i pół godziny, a potem daję im taki ciężar taszczyć pięć kilometrów przez krzewy, pagórki i błota. Ale przecież sam nie będę tego nosił.

Chciałbym być już z Wami i podzielić się wrażeniami stąd. Nie wiem jeszcze, jaka robota na mnie tam czeka, ale zdaje się - nic poważnego. Sam widzę zakończenie fosfatów w okręgu Arad i ten „doch”[ix] o graficie. Chciałbym go skończyć i zapomnieć o tym, że pracowałem kiedyś dla wielkiego budowniczego Izraela. Następnym razem niech weźmie innego geologa i niech mu opowie kawał o buchalterze (Uri wie, o jaki kawał chodzi). (…)

Kończę ten list i do zobaczenia. A może napisaliście jakiś list do mnie i jest w Tananarive? Jeżeli chcecie odpisać, to na adres paryski.

Pozdrowienia dla wszystkich. (…) Acha, „Hag sameach[x]” w związku ze świętami. Myślę, że wieczór sederowy znów spędzę z rodzina w Paryżu. Pozdrówcie też kolegów i koleżanek z innych wydziałów.

Noach

 

[i] Noach Lasman ma na myśli zleceniodawców jego prac na Madagaskarze.

[ii] Rebe-geld (jid.) - określenie porównywalne w znaczeniu z polskim „zapłaciłem frycowe”. Dosłownie oznacza zapłatę dla rabina za naukę - w przenośni naukę wyniesioną z po raz pierwszy podejmowanego przedsięwzięcia.

[iii] Machon (hebr.) - instytut. Lasman nazywa tak Instytut Geologiczny w Jerozolimie, w którym pracował.

[iv] Uri Wurzburger - geolog, przyjaciel Lasmana z „machonu”. Razem poszukiwali złóż diamentów w Republice Środkowoafrykańskiej.

[v] Po wiosennym pobycie Lasmana i Wurzburgera w Republice Środkowoafrykańskiej w Instytucie Geologicznym mówiono o możliwym powrocie tam do pracy geologów. Czy do tego doszło nie wiadomo - Lasman w każdym razie tam nie pojechał.

[vi] Laasot chaim (hebr.) - dosłownie: zrobić życie. Korzystać w pełni życia i tego, co ono oferuje.

[vii] Chef de village (franc.) - kierownik wioski; w Polsce sołtys.

[viii] Oui (franc.) - tak.

[ix] Doch (hebr.) - sprawozdanie. Słowo powstałe z dwóch słów: din we cheszbon - prawo i liczba.

[x] Hag sameach (hebr.) - szczęśliwego święta.

LIST DO SZULAMIT GROSS I KOLEGÓW Z INSTYTUTU GEOLOGICZNEGO W JEROZOLIMIE

Projekt
CHAIM/ŻYCIE

Fundacja Tu Żyli Żydzi, Poznań


Sfinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania  #poznanwspiera

CHAIM/ŻYCIE - portal o kulturze, Żydach, artystach i Wielkopolsce, to projekt edukacji i animacji kultury w Poznaniu i Wielkopolsce rozpoczęty dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Poszukujemy, gromadzimy i prezentujemy na niej następujące rodzaje materiałów:

* Dzieła twórców kultury odnoszące się do kultury żydowskiej i obecności Żydów w Poznaniu i Wielkopolsce.

* Materiały nt. kultury i historii Żydów wielkopolskich – jako mało znanego dziedzictwa kulturowego regionu.

* Informacje o działaniach lokalnych społeczników, organizacji, instytucji zajmujących się w Wielkopolsce upamiętnieniem Żydów w swoich miejscowościach oraz informacje o tychże działaczach i organizacjach.

*Materiały uzyskane w ramach projektu "Z ulicy Żydowskiej na Madagaskar - Noacha Lasmana fotografie i listy z Afryki i Ameryki Południowej".

Kontakt

  • Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.



© 2020 Fundacja Tu Żyli Żydzi. Strony Trojka Design.