logo l
Madagaskar 1963-1964

Francuzi, Chińczycy, księża i prostytutki

Vatomandry jest rozległe i leży nad dużą laguną i Oceanem Indyjskim. W lagunie są krokodyle, a jak ktoś tego nie lubi, to ma do dyspozycji rekiny w oceanie. A dżungla to jedna plątanina roślin i nie wiadomo, jaka gałąź należy do jakiego drzewa. Jest masa rzeczek i strumyków, i stale chlupie mi w butach. 


  

Vatomandry, 10 XI 1963

Moi Drodzy!

Siedzę w zadupiu o nazwie Vatomandry już od kilku dni. Pracę właściwą już zacząłem i od jutra, to znaczy 11 listopada, zaczynam pracę z dziesięcioma ludźmi. Wytypowałem już miejsca do wytypowania profili i moim zdaniem powinienem zacząć z czterdziestoma ludźmi, ale nie mam forsy. W ogóle ta cała historia jest warta śmiechu, tylko że nie mam z kim się śmiać, z kim podzielić uwagami i nawet kląć nie mogę. Wyobraźcie sobie, że jestem 400 kilometrów od najbliższej naszej placówki dyplomatycznej, 12 000 kilometrów od Paryża plus jeszcze 4000 od Izraela. Mam wykonać pracę, którą początkowo oceniono na 40 000 dolarów, a w tej chwili mam do dyspozycji 80 (słownie: osiemdziesiąt) dolarów. Mam do dyspozycji dżipa, którego w terenie już mi wymieniono (przedtem miałem landrovera w dobrym stanie, z częściami zamiennymi). Dżip ma już przeszło 600 000 kilometrów przebiegu i ani jednej części zapasowej, nawet koła zapasowego.  Protestowałem, ale nic nie pomogło, landrover jest potrzebny jakiemuś miejscowemu ministrowi, który właśnie teraz musi robić inspekcję terenu. Garaż wprawdzie tu jest, ale nie mam pieniędzy na naprawy. Módlcie się tam za mnie, bo na tutejszych wertepach o wypadek bardzo łatwo. Do miejsca pracy mam circa szesnaście kilometrów, w tym trzy i pół kilometra takie, że bezdroża Negewu to autostrada. Mam tam dwa mosty o długości sześć metrów każdy. Jak je przebywam to wznoszę oczy do nieba i myślę, że jednak nie jestem tak dużym grzesznikiem, jeżeli nie ugrzęzłem.

slajd 25 Madagaskar znak

O mojej sytuacji finansowej, którą przewidziałem przed dwoma tygodniami, zawiadomiłem Bodenkina i Lewina. Przed tygodniem przyszedł telegram, że oni z kolei zawiadomili Warner Brother (wspólnik amerykański). To mnie cholernie ucieszyło. Oni tam targują się, który wspólnik ma zapłacić (jest ich pięciu, mnie nie znanych), a mnie traktują, jakbym był urzędnikiem podatkowym - mogę czekać. Napisałem dziś do Bodenkina, że jeżeli nie dostanę skądś forsy w przyszłym tygodniu, to wracam do Tananarive i proszę ambasadora, żeby mi dał na osobiste utrzymanie. Już tydzień, jak opuściłem Tananarive i dotychczas nie mam żadnej wiadomości. Może jest już tam jakaś forsa dla mnie, ale nie wierzę. W Tel Awiwie, nie zdają sobie sprawy, że geolog bez robotników dużo nie może tu zrobić. Dla wykonania profilu, nawet w ścianie starej kopalni, trzeba najpierw wyciąć ścieżkę, a potem wykopać rów, aby pobrać świeże próby. Tutaj geolog kartujący w skali 1 : 100 000 ma do dyspozycji pięćdziesięciu robotników, a co dopiero dla celów ekonomicznych. W jednej kopalni zdziwili się, że nie mam buldożera do dyspozycji. Teren jest cholernie zarośnięty - to jedna plątanina roślin i nie wiadomo, jaka gałąź należy do jakiego drzewa. Ścieżkę trzeba wycinać i posuwanie się naprzód jest bardzo uciążliwe. Jest masa rzeczek i strumyków, i stale chlupie mi w butach. Do pomocy mam malgaskiego prospektora i szofera, którym według tutejszego zwyczaju muszę dawać na utrzymanie. 

Przetłumacz ten list Uri[i]. Pomóc może mi wprawdzie tylko ta zafajdana firma, która jeszcze się nie narodziła, ale niech przynajmniej wie. Może na przyszłość nie podejmiemy się robot dla takich zamawiających. Kto mógł pomyśleć, że Izraelczycy podejmują się robót za granica i tak je finansują? W końcu za niewykonanie lub przedłużenie prospekcji obwinią geologa. Przecież Bodenkin lub Lewin nie mogą być winni według zwyczajów izraelskich. Zresztą niech ich szlag trafi. Zrobię, co mogę. Z pustego i Salomon nie naleje.

Teraz opiszę Wam Vatomandry - siedzibę sou prefectury. Cztery tysiące mieszkańców, w tym kilkunastu Francuzów, kilku kupców chińskich, czterech księży i podobno tyleż prostytutek. Miasteczko jest rozległe i leży nad dużą laguną i Oceanem Indyjskim. W lagunie są krokodyle, a jak ktoś tego nie lubi, to ma do dyspozycji rekiny w oceanie. Okolica zdrowa, malarii nie ma, jest za to bilharzia[ii]. Jest tu masa ryb, którymi obżeram się na codzień w tutejszym hotelu. Poza tym jadłem już krewetki, ostrygi i inne świństwa. Krewetki cholernie mi przypominają karaluchy, ale są smaczne. Łapię się na myśli, że może gdzieś na świecie ludzie się obżerają karaluchami - wszystko możliwe. (Nie opowiadaj żonie o tym żarciu, bo mi zagroziła, że jak będę jadł te francuskie świństwa, to po powrocie nie wpuści mnie do domu).

W ogóle mieścina jest przyjemna. Dla szofera i prospektora sou-prefect[iii] dał mi jakiś domek. Ja zainstalowałem się w hotelu. Do pracy jadę o szóstej rano i śniadanie jem u prospektora, bo w hotelu, w którym jestem jedynym gościem, jeszcze śpią. Przy pracy o dwunastej pitrasimy jakieś ryby na kuchence gazowej i robimy kawę. O trzeciej, trzeciej trzydzieści wracamy, bo po czwartej jak w zegarku zaczyna lać. Biorę gorący tusz w hotelu, kładę się spać na godzinkę, potem porządkuję notatki, rachunki, robię korespondencję, trochę czytam francuskie tygodniki sprzed pół roku (dla bardziej uświadomionych Francuzów Mosze Dajan[iv] jest naszym prezydentem). Kolację jem w hotelu o ósmej trzydzieści. Spać idę o dziesiątej, jedenastej. Jak więc widzicie żyję zbożnie i na głupie myśli nie mam czasu.

W ogóle Francuzi tutejsi myśleli, że w Izraelu mieszkają prawosławni. Dla nich Juif i Iszaelienne[v] to są dwa pojęcia. Co to jest Juif - wiedzą. Znów Malgasze, którzy znają Izrael z Biblii, są przekonani, że jesteśmy chrześcijanami i w zależności od własnego wyznania posądzają nas o katolicyzm lub protestantyzm. W głowie im się nie mieści, że w Ziemi Świętej mieszkają wyznawcy innego Boga.

W dżungli jest masa owoców, którymi można się dowoli obżerać, niektóre smaczne. Wodę piję naturalnie filtrowaną. Jest tu dużo niskich, zielonych palm o olbrzymich liściach. Trzy środkowe, najmłodsze liście w środkowych nerwach o grubości ramienia i pustych w środku, zawierają wodę. Nacina się liść u dołu nożem i tryska kilka litrów czystej, smacznej wody. Nadstawia się usta i pije jak z cycka. Drzewo to Francuzi nazywają l’arbre des voyageurs[vi]. W ogóle, ludzie tu nie pracując mogą żyć, oczywiście jeżeli nie mają żadnych wymagań poza zaspokojeniem głodu.

Na razie nie spotkałem w Vatomandry kogoś, kto zna Josi[vii], ale nie tracę nadziei. Dowiedziałem się, że 45 kilometrów na południe jest Juif, Francuz pochodzenie rosyjskiego, który przybył tu z Normandii, a tam mieszka wujek Josi. Jeżeli on go nie zna, to ten Juif nie jest Żydem i do tego z Rosji.

Dziś jest niedziela - święto. Napisałem sprawozdanie dla Bodenkina. To już drugie i ciekawi mnie, jak on je ocenia. Może Uri coś może o tym powiedzieć.

Myślę, że jest już jakiś list od Ciebie dla mnie w Tananarive i w przyszłym tygodniu ambasada mi go prześle. To jest trzeci list, który do Was piszę. Ciekaw jestem. co w Instytucie nowego, jak idzie praca. Czy już zaczęto coś z fosfatami w Aradzie i jak Jair daje sobie radę. Czy Josi już zdrów i z kim Tuwia teraz gada, jak nie ma mnie i Josi.

Pozdrów wszystkich i napisz.

Wasz Noach

 

[i] Uri Wurzburger - geolog, przyjaciel Lasmana z „machonu”. Razem poszukiwali złóż diamentów w Republice Środkowoafrykańskiej.

[ii] Bilharcjoza - grupa chorób pasożytniczych wywoływanych przez przywry występujące głównie w Afryce, ale także na wschodnim wybrzeżu Ameryki Południowej czy w Azji.

[iii] Sous-préfets - wysoki urzędnik, asystent prefekta na danym obszarze kraju.

[iv] Mosze Dajan - słynny generał i polityk, postrzegany w Izraelu jako człowiek, który walnie przyczynił się do zwycięstwa w wojnie sześciodniowej 1967 roku oraz powstrzymania klęski wojsk Izraela w wojnie Jom Kipur 1973 roku, także minister obrony oraz minister spraw zagranicznych Izraela. 

[v] Juif i Iszaelienne (Israélien) (franc.) - Żyd i Izraelczyk.

[vi] L’arbre des voyageurs (franc.) - drzewo podróżników.

[vii] Josi Langocki - geolog, generał izraelski, przyjaciel Lasmana z Instytutu Geologicznego. Jego rodzina pochodziła z Rosji.

LIST DO SZULAMIT GROSS I KOLEGÓW Z INSTYTUTU GEOLOGICZNEGO W JEROZOLIMIE

Szulamit Gross była geologiem w Instytucie Geologicznym w Jerozolimie, w którym od momentu emigracji do Izraela w 1957 roku pracował także Lasman. Pochodziła z Polski i była żoną znanego dokumentalisty filmowego, poety i pisarza Natana Grossa. Lasman, początkowo nie mówiący po hebrajsku, miał w niej dużą podporę podczas pierwszych lat pracy w Machonie (hebr. instytucie), przyjaźnili się. Lasman napisał do niej - a za jej pośrednictwem także do innych kolegów i przyjaciół z pracy - szereg listów z Madagaskaru.

Projekt
CHAIM/ŻYCIE

Fundacja Tu Żyli Żydzi, Poznań


Sfinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania  #poznanwspiera

CHAIM/ŻYCIE - portal o kulturze, Żydach, artystach i Wielkopolsce, to projekt edukacji i animacji kultury w Poznaniu i Wielkopolsce rozpoczęty dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Poszukujemy, gromadzimy i prezentujemy na niej następujące rodzaje materiałów:

* Dzieła twórców kultury odnoszące się do kultury żydowskiej i obecności Żydów w Poznaniu i Wielkopolsce.

* Materiały nt. kultury i historii Żydów wielkopolskich – jako mało znanego dziedzictwa kulturowego regionu.

* Informacje o działaniach lokalnych społeczników, organizacji, instytucji zajmujących się w Wielkopolsce upamiętnieniem Żydów w swoich miejscowościach oraz informacje o tychże działaczach i organizacjach.

*Materiały uzyskane w ramach projektu "Z ulicy Żydowskiej na Madagaskar - Noacha Lasmana fotografie i listy z Afryki i Ameryki Południowej".

Kontakt

  • Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.



© 2020 Fundacja Tu Żyli Żydzi. Strony Trojka Design.