logo l

Życie wokół Teper Marku - o znakomitej książce Theo Richmonda

Andrzej Niziołek

Theo Richmond stworzył piękną, głęboko poruszającą opowieść o życiu i o przekazywaniu pamięci. Taką książkę można by napisać o każdym ze zgładzonych sztetl, żydowskich miasteczek. Ale tamte książki nie powstały, więc w tej żydowski Konin żyje za nie wszystkie.  


Zacznę od osobistego wyznania. Usprawiedliwionego przez ton książki Theo Richmonda - osobisty, do bólu szczery. Kiedy w latach 80. podróżowałem po Polsce autostopem, trafiałem do miast i miasteczek, których nie znałem: Leżajsk, Opatów, Sandomierz, Łańcut, Lublin, Przeworsk... Przechodziłem ulicami oglądając je, wstępując do kościołów i na cmentarze, chętny do rozmowy z miejscowymi. I jechałem dalej, wciąż nie wiedząc, że żyli tam kiedyś sławni rabini: Elimelech, Jakub Iccak zwany Widzącym, Abraham Jehoszua Heszel a wokół nich całe wielkie społeczności żydowskie z własnymi obyczajami, świętami, religią i codziennością... Nie było śladu po Żydach, nie było nikogo, kto by mi o nich opowiedział. Był tylko krakowski Kazimierz - miejsce, w którym doświadczałem dziwnego uczucia, że ulice i domy utraciły swoich mieszkańców. Że jestem w opuszczonym mieście, które zostało i trwa, jak jakiś mebel, pozostałość po zmarłym obcym.

Richmond okładka

Kiedy zacząłem czytać książkę Richmonda uświadomiłem sobie, że czekałem na nią od lat. Czekałem na książkę, która ulicom tych miast i miasteczek odbierze żydowską anonimowość i znów je ożywi, zapełni ludźmi mającymi konkretne imiona, nazwiska, twarze, losy. Która przywróci nie tylko pamięć, ale również da obraz codzienności żydowskiego świata. Nie tylko literacki, ale faktograficzny, kiedyś istniejący, jednocześnie podany także literacko. I oto ta książka jest - ukazała się w połowie maja 2001 roku. Obszerna i wcale nie lokalna. Bo sztetl Konin, którego rzeczywistość Theo Richmond odtwarza i opisuje w różnych aspektach, staje się zarazem - zgodnie z jego zamiarem - modelem świata polskich Żydów sprzed nazistowskiej eksterminacji.

Jedno mnie tylko w Uporczywym echu zaskoczyło. Nie spodziewałem się, że bohaterem książki o polskim sztetl - jak tradycyjnie nazywano gminę żydowską w prowincjonalnej miejscowości - może być wielkopolski Konin, a nie jakieś mazowieckie czy małopolskie miasteczko. A jeszcze bardziej zdziwiło mnie to, że żydowski Konin, w którym chasydzi stanowili zaledwie dziesięć procent, może być bardziej reprezentacyjny dla świata polskich Żydów niż Kock czy Góra Kalwaria.

Podjęta za mnie decyzja

Gdyby rodzice Theo Richmonda nie wyemigrowali przed I wojną św. do Anglii, być może urodziłby się on w Koninie i latem 1941 roku, jak inni miejscowi Żydzi, opuszczałby rodzinne miasto w bydlęcym wagonie jadącym do Kulmhof czy innego z obozów Zagładzie. Nie było go tu jednak. Był wówczas angielskim chłopcem chodzącym do szkoły, a jego ojciec, który zmienił nazwisko z Simcha Ryczke na Samuel Richmond, prowadził w Londynie mały interes, sprowadzając jutowe słomianki z Indii. Rodzice nie nauczyli go jidysz, nie przekazali żydowskiej pobożności, nie wspominali wiele o Koninie, który opuścili. Miał być Anglikiem wolnym od wspomnień należących do innego świata - nieco podobnie, jak żyjący w tamtych latach w pobliskim Poznaniu inni młodzi Żydzi dla części ich rodziców czy nauczycieli mieli być Polakami mojżeszowego wyznania. I Richmond Anglikiem został: urodzony w 1929 roku, przez lata pracował jako scenarzysta i reżyser filmów dokumentalnych oraz jako niezależny dziennikarz pisywał do czołowych gazet brytyjskich. Póki nie zaczął pisać swojej książki.

Richmond 02

Zdjęcia z książki Uporczywe echo. Sztetl Konin - poszukiwanie

Richmond rozpoczyna ją od bolesnego wyznania: choć zawsze interesowała go przeszłość, choć słowo „Konin” słyszał od dzieciństwa, w Londynie żyli liczni bracia i siostry jego matki z rodziny Sarnów, a oboje rodzice zmarli mając sędziwe 89 i 90 lat - on sam zainteresował się przeszłością swojej rodziny, gdy niemal wszyscy, którzy mogli mu o niej opowiedzieć, już nie żyli. Sama decyzja przyszła nagle, podczas przeglądania Konińskiej księgi pamięci wydanej staraniem tych, którzy ocaleli z Holocaustu, a poświęconej m.in. tym, którzy w nim zginęli. Pewnego dnia w styczniu 1987 roku, leniwie przerzucając kartki, natrafiłem znowu na spisy okolone czarną obwódką - dwadzieścia pięć stron zawierających ponad dwa tysiące nazwisk, z których biła mrożąca, chorobliwa moc - pisze we wprowadzeniu do Uporczywego echa. Przewertowałem jeszcze kilka stron, wiedząc, że stoję przed już podjętą za mnie decyzją: będę musiał napisać własną książkę o Żydach i Żydówkach z Konina, w której przeszłość będzie się splatać z teraźniejszością. Nie po to jednak, by poszukiwać korzeni - o tych zawsze pamiętał. Być może liczyłem, że zaspokajając ciekawość, zdołam zarazem, choćby nieporadnie, zachować pamięć o umarłych. Miał to być sposób na zachowanie ich wśród żywych.

Wrzeciono splątanych nici

Sztetl Konin - poszukiwanie jest imponującym dowodem na to, co może jeden ogarnięty pasją, prawie obsesją człowiek. Richmond zaczynał pracę nie wiedząc o Koninie niemal nic, w momencie, kiedy żyło niewielu już koninian pamiętających przedwojenny świat. Bo to żywi ludzie mieli mu opowiedzieć o Koninie i jego mieszkańcach - nie archiwa i dokumenty. Te zostawił historykom. Nie znając prawie nikogo, rozpoczął od mieszkających w Londynie znajomych rodziców - ostatecznie docierając w ciągu dwóch lat do kilkudziesięciu osób żyjących w Anglii, Stanach Zjednoczonych, Izraelu, które opowiedziały mu o mieście, o swoich rodzinach, o własnych niełatwych losach i pokiereszowanej przez wojnę psychice.

Richmond 07

Koninianie, którzy opowiedzieli Richmondopwi o mieście swojego dzioeciństwa. Strona z książki Uporczywe echo. Sztetl Konin - poszukiwanie

Książka jest znakomita. Bardzo uczciwa i prawdziwa, jest także mądra. Richmond nie ucieka od żadnych drażliwych czy trudnych tematów żydowskiego, środkowoeuropejskiego świata i jego relacji ze światem gojów, niczego nie opłakuje ani nie sentymentalizuje, nikogo nie oskarża - co nie znaczy, że nie nazywa po imieniu żydowskiego religijnego fundamentalizmu czy polskiego antysemityzmu. Jest wolny od bólu i różnych zadr, dociekliwy i precyzyjny w ustalaniu faktów; chce dowiedzieć się, opisać, zrozumieć.

Bardzo prosta i jakby oczywista jest kompozycja Uporczywego echa - mieszczącego się na granicy literatury faktu, wspomnienia, w pewnym sensie także literatury pięknej. Dotycząc przeszłości Konina i jego żydowskich mieszkańców, mając wielu rozsianych po świecie bohaterów - jest ona zarazem opowieścią jednego człowieka, autora, o poszukiwaniach, które podjął i ich efektach. Sztetl Konin - poszukiwanie ma w sobie coś z książki detektywistycznej, coś z notatek odkrywcy. Przypomina mi wrzeciono, na które nawijane są nici kolejnych opowieści. Autor opisuje kolejne spotkania, rozmowy, podróże - aż do ostatniej, prowadzącej go do współczesnego Konina. Wiedza czytelnika o życiu w tym mieście rośnie wraz z wiedzą autora - każda rozmowa z nowym koninianinem dodaje nowe szczegóły do obrazu sztetl i jego końca, choć im bliżej ostatniej strony, tym mniej owych szczegółów, tym więcej doświadczeń Holocaustu. Tym bardziej jesteśmy we współczesności, wśród ludzi, którzy przyjmują Richmonda serdecznie lub chłodno, do końca życia nosząc w sobie przeżyty koszmar. Jest on nieraz pierwszą osobą, której opowiadają o tym, co przeszli. Taka konstrukcja książki wprowadza do niej ton niezwykłego autentyzmu. Przeszłość i jej poszukiwanie nakładają się na siebie.

Theo Richmond napisał piękną opowieść o życiu i o przekazywaniu pamięci.

Bogaty obraz życia

Uporczywe echo wprowadza więc do pozostałych po żydowskich sztetl domach, ulicach, placach - pamięć. Pamięć, której tu, na miejscu, nikt nie mógł przekazać. Nie ma już prawie Żydów w Polsce. W takich jak Konin małych miejscowościach o ich przeszłości pamiętają pojedyncze osoby. Jaki obraz żydowskiej społeczności daje ta książka pokoleniom Polaków nie pamiętających już Rzeczpospolitej wielu narodów?

Gmina żydowska w Koninie była jedną z dwunastu najstarszych w Polsce. Niczym szczególnym się nie wyróżniała - pozornie. Nie miała wielkich cadyków, bo mieć nie mogła - chasydzi stanowili ledwie ok. 10 procent całej żydowskiej społeczności miasta. Położony w carskim imperium tuż przy granicy z Prusami Konin skupił jednak w sobie przedstawicieli najróżniejszych nurtów żydowskiej diaspory. Obok siebie żyli tu i oświeceni Żydzi, którzy przejęli napływające z Niemiec idee Haskali, i fundamentalistycznie nastawieni chasydzi, marzący o społecznej równości bundowcy i głoszący powrót do Erec Israel syjoniści, wreszcie Żydzi zasymilowani, wybierający polski język i kulturę. Były, oczywiście, kłótnie i religijne spory, ale jak zauważa Richmond, w gminie przez wieki panował duch tolerancji.

Richmond 03

Strona z książki Uporczywe echo. Sztetl Konin - poszukiwanie

Nie sposób opowiedzieć o wszystkich wątkach żydowskiego Konina podejmowanych przez Uporczywe echo. Richmonda interesuje każdy szczegół, który odtwarza codzienność sztetl: jak wyglądały żydowskie domy i sklepiki, jak targowano na Teper Marku, centrum żydowskiego świata (dziś placu Zamkowym), kto modlił się w synagodze, a kto w bes medreszu (jednocześnie domu nauk i modlitwy), jakich Konin miał rabinów i jakie istniały chewry - religijne bractwa, jak wyglądała nauka Tory w chederach a jak kąpiele w mykwie... Cały rozdział, rewelacyjny, poświęca wychodkom. Przejmująco opisuje częstą biedę. Dużo pisze o bibliotece konińskiej, posiadającej bogatsze zbiory i zdecydowanie więcej czytelników niż świeckie biblioteki żydowskie Łodzi, Krakowa czy innych dużych gmin w Polsce. Konińska biblioteka poświadcza - powtarza - niezwykłość tej gminy, położonej na styku Zachodniej i Wschodniej Europy. Równie dokładna w szczegółach jest jego opowieść o wyniszczeniu sztetl przez hitlerowców.

Najciekawsi, jak zawsze, są jednak ludzie - konińscy Żydzi, którzy do czasu polskiego wydania książki Richmonda nie istnieli, pochłonięci przez niepamięć. Teraz przynajmniej niektórzy wracają: żydowski ziemianin, dziedzic Mosze Kapłan z Glinki i jego dzieci, sklepikarz Abram Dawid Gołąb, który mieszkał przy Dużym Rynku i często dyskutował ze swoim sąsiadem, mecenasem Wodzińskim, o prawie czy o Torze, tragarz i mleczarz Arie Lejb Witkowski i jego dzieci - bez wyjątku bundyści, Izzy Hahn, syn biednego krawca mieszkającego w oficynie przy Teper Marku, który był po wojnie kierownikiem największej w Europie koszernej rzeźni i żyje jeszcze [w 2001 roku - przyp.] w Londynie. Kiedy w piątek wieczorem wyglądałem przez okno, widziałem nogi rabina, gdy szedł do szulu (czyli synagogi) - wspomina w książce. Wymieniłem tylko kilka postaci, ale są ich w książce dziesiątki. Znów zaludniają ulicę Bóżniczą (dziś Mickiewicza), Żydowską (dziś Targową), Długą (obecnie 3 Maja).

Książka Richmonda podejmuje też problemy polsko-żydowskiego współżycia, z którymi do dziś się borykamy, przede wszystkim polski antysemityzm. U niewielu Żydów, z którymi rozmawiam, nie pozostały z dzieciństwa głębokie blizny po stałym, nieraz codziennym doświadczeniu antysemityzmu i znajomego okrzyku „parszywy Żyd!” - pisze Richmond. Równocześnie jednak wytyka Żydom zamknięcie się przez nich w getcie. Etniczna izolacja miała być sposobem zachowania gatunku. W efekcie Żydzi musieli być odbierani przez Polaków jako obcy.

Pozostaje pytanie

Książka taka, jaką napisał Theo Richmond, po Holocauście właściwie nie miała prawa powstać. Dla wielu Żydów Polska jest dziś cmentarzem. A jednak, mimo Zagłady, poprzez milczenie, dobiega nas z tego umarłego świata głos - owo tytułowe, „uporczywe echo”. Dziękuję Richmondowi, że ten głos usłyszał i spisał. Teraz już tylko od nas zależy, czy go usłyszymy. Pamięć została przekazana.

TR w Koninie 03

Theo Richmond przed księgarnią, w której witrynie wystawiono jego książkę, Konin 2001 

A co z nią uczynią nowi depozytariusze? Cóż, jeśli zignorują ten dar, nie będą mogli twierdzić, że los nie dał im szansy... - pisał w 1995 roku, roku ukazania się książki po angielsku, Tadeusz Jagodziński w Tygodniku Powszechnym. Teraz to pytanie brzmi jeszcze wyraźniej.

Theo Richmond Uporczywe echo. Sztetl Konin - poszukiwanie. Przełożył Piotr Szymczak. Media Rodzina, Poznań 2001.

Recenzja ukazała się 25 maja 2001 roku w Gazecie Wyborczej - Poznań. Wersja poprawiona.

 

Książka Theo Richmonda jest do kupienia w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Koninie - tel. +48 63 242 85 37, e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.. Koszt 69 zł. 

Drugie wydanie książki Uporczywe echo. Sztetl Konin - poszukiwanie ukazało się w 2018 roku staraniem Damiana Kruczkowskiego oraz Rafała Walkowiaka z Konina (który sfinansował wydanie) we współpracy z wydawnictwem Media Rodzina w Poznaniu.

Theo Ruchmond podczas odwiedzin Konina w 2001 roku. Fotografie z jego książki oraz ze zbiorów Andrzeja Niziołka.

Projekt
CHAIM/ŻYCIE

ANDRZEJ NIZIOŁEK
Fundacja Tu Żyli Żydzi, Poznań


Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci.

CHAIM/ŻYCIE - portal o kulturze, Żydach, artystach i Wielkopolsce, to projekt edukacji i animacji kultury w Poznaniu i Wielkopolsce rozpoczęty dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Poszukujemy, gromadzimy i prezentujemy na niej trzy rodzaje materiałów:

* Dzieła twórców kultury odnoszące się do kultury żydowskiej i obecności Żydów w Poznaniu i Wielkopolsce.

* Materiały nt. kultury i historii Żydów wielkopolskich – jako mało znanego dziedzictwa kulturowego regionu.

* Informacje o działaniach lokalnych społeczników, organizacji, instytucji zajmujących się w Wielkopolsce upamiętnieniem Żydów w swoich miejscowościach oraz informacje o tychże działaczach i organizacjach.

Kontakt

  • Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.



© 2020 Fundacja Tu Żyli Żydzi. Strony Trojka Design.